Szmat czasu nie rysowałam. Szmat czyli ponad 10 lat. A od dobrych kilku dni chodziło za mną, żeby znowu zacząć rysować. No i dziś się wzięłam, zebrałam w sobie i... Dostałam po tyłku.
Najpierw diabli wzięli gumę do ołówka. Moją ulubioną. Jak udało mi się znaleźć chlebową, to się znowuż się okazało, że jest wyschnięta z jednej strony i nie maże, bo mama jej używała i zapomniała o niej.
Potem stwierdziłam, że skoro nieźle szło mi rysowanie koni, to od konia zacznę. A koń jaki jest to każdy widzi. Czyli duży. Wręcz ogromny. I nijak na kartce zmieścić mi się nie chciał! Albo kopyta mu ucinało, albo połowę łba...
Tom się wkurzyła i spróbowała coś prostszego. Jakiś tam kwiatek i świeczkę w szkle.
I wiecie co? Śmiem twierdzić, że nawet nie najgorzej mi wyszło, biorąc pod uwagę, długość przerwy w rysowaniu... Poniżej macie efekt:
I jak? Tylko ja was błagam - nie wylewajcie od razu na mienia kubłów zimnej wody, tudzież pomyj. Bo znowu mnie skutecznie od czegoś odstraszycie (jak Nav od bazgrolenia)...
A z nowości?
Zaczęłam się uczyć grafiki komputerowej w szkole policealnej. Za kilka dni jadę do Pragi na koncert LTR. Zastanawiam się nad zmianą fryzury.
I kompletnie nie podoba mi się nowy wygląd Bloggera! :/
