środa, 26 grudnia 2012

Święta, święta i... Diabli wzięli wolne...

     Od jutra ciąg dalszy maratonu w pracy. Po maratonie Sylwek, a po Sylwku egzaminy w szkole.... -.-

W związku z tym chyba zaraz połączę przyjemne z pożytecznym i zabiorę się za logo dla naszego fanklubu... ;)

czwartek, 20 grudnia 2012

LTR, Freedom Call, Orden Ogan, Vexillum w Pradze

      Minęły ponad dwa tygodnie od koncertu, a sprawozdanie leży w zeszycie. Należałoby coś z tym przedsięwziąć prawda... ;))

   Impreza zaczęła się ciekawie. A nawet bardzo ciekawie. Karma od samego początku miała humory jak mysz w ciąży i na przemian serwowała nam marchewkę i kopniaki. Za to finalny kopniak pokonał wszystko! Ale o tym później...

   Na "dzień dobry" zwiał mi autobus, którym miałam ruszać na dworzec. A dokładniej, to nie zwiał, tylko wypadł. Dla odmiany po tym pechowym zdarzeniu los podarował mi i Rosomakowi  puściutki przedział w wagonie pierwszej klasy. I mimo, że mieliśmy bilety na drugą klasę (bo aż takie burżuje co pierwszą jeżdżą to nie jesteśmy), to mogliśmy tam zostać - pierwsza klasa jechała jako druga! ^^ Zaraz potem Rosomak  dostawał białej gorączki, bo miał całą drogę pracować, a sygnał internetowy zachowywał się jak Józek z piosenki Bajmu - pojawiał się i znikał. 

   We Wrocławiu odebrała nas Falco, a zaraz potem dołączyła do nas Lynn i wspólnie ruszyliśmy do mieszkania tej pierwszej. U Falco tak dobrze nam się siedziało, że się spóźniliśmy na nocny i trzeba było wołać taksówkę. Na dworcu PKSu zaokrętowaliśmy się do PolskiegoBusa. Pech znowu dał o sobie znać, bo nie dało rady siedzieć koło siebie. Ryslav z Wojtimenem dali radę zająć nam tylko dwa miejsca, które szybko z Falco zajęłyśmy. Rosomak z Lynn musieli szukać gdzie indziej. Gwoli wyjaśnienia: PB są wygodne, ale nie jeśli chce się spać. Mi z Falco udało się poukładać jedna na drugiej(ja z głową na jej kolanach, a ona na mnie) ale i tak totalnie niewyspane zajechałyśmy. 

   Na krótkim postoju technicznym w Kudowie Zdrój udało się zrobić zadziwiająco dużo: Falco kupiła picie, ja z Lynn i Rosomakiem wymieniliśmy pieniądze, po czym poleciałyśmy we trzy do toalety i zrobiłyśmy akcję " Kooooteeeeek! Pogłaskam!". Pani w toalecie przygarnęła malutką koteczkę i wszyscy rzucili się do miziania i drapania stworzonka, które wdzięcznie się nadstawiało, a później zaczęło bawić rozwiązanymi sznurowadłami Falco (oraz drzwiami automatycznymi). 

   Praga przywitała nas zimnym deszczem oraz wiatrem. Pod hostel dotarliśmy po 7-mej, ale wygonili nas bo nowych gości wpuszczają od 12-tej. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy. Udało nam się znaleźć otwarty bar śniadaniowy, gdzie przesiedzieliśmy do 9-tej, ale potem trzeba było się ruszyć zwiedzać. 

   Do 12 powłóczyliśmy się po Starówce, obejrzeliśmy figurki pojawiające się pod zegarem słonecznym o pełnych godzinach, jeden z kościołów, wpadliśmy na Most Karola i odnaleźliśmy miejsce koncertu. 

   Po tym wszystkim Wojtimen z Ryslavem poszli coś zjeść, a my - totalnie zziębnięci, zmęczeni i przemoczeni polecieliśmy się zameldować. Udało się bezproblemowo. Szybkie rozeznanie sytuacji i z Falco wkrótce prysznicowałyśmy się radośnie , zużywając resztę ciepłej wody jaka została bojlerze. Jeszcze tylko zaplotłam sobie włosy, nastawiłam budzik i walnęliśmy się spać.

  Wstaliśmy o 16-tej i zaczęliśmy się zbierać. Na miejsce koncertu dotarliśmy przed 18-tą i mieliśmy świetne miejsca, które jednak nic nie dały, bo Ryslav z kumplem, którzy mieli bilety przyszli na ostatnią minutę. Tyle, że wpuszczać zaczęli wcześniej, więc musiałyśmy innych przepuszczać. Pus był taki, że wpuścili nas z aparatami, a my od razu pognaliśmy pod scenę, ignorując bar, merch itp.

   W między czasie Vexillum zaczęli grać i dotarłyśmy bodajże na drugą lub trzecią piosenkę. I ponownie jak w Katowicach ragazzi italiani nie zawiedli i dali świetne show! Dario rozpoznał naszego Dargora, którym radośnie wywijałam w przerwach między foceniem. Jednakże muszę powiedzieć, że byli chłopcy bardzo poszkodowani, bo zagrali bodajże 5 piosenek  - "The Wanderer's Note", "Dethrone the Tyrant", "Avalon", "Megiddo" and "The Marketsquare of Dooly".

  Po włoskiej energii nastał czas na niemiecki kopniak - na scenę weszli panowie z Orden Ogana przy dźwiękach "The Frozen Few" z ich najnowszego albumu "To the End" i od razu ruszyli z galopadą z "To the New Shores of Sadness", żeby zaraz potem przejść do hymnowego "We are Pirates!", które publiczność chętnie odśpiewała razem z nimi. Następnie nastał czas na moje ukochane "Things We Believe In". Panowie wykonali również utwór bonusowy "Masks" i tym samym zwolnili tempo, by za chwilę przyspieszyć z tytułowym utworem "To the End. Swój występ zakończyli utworem "Angels' War", do którego kręcą obecnie teledysk. Seeb zachęcał nas, żeby sfilmować ich wykonanie tegoż utworu i wrzucenie go do sieci, z czego skorzystałam (aczkolwiek dźwięk wypał fatalnie na nagraniu...). Jedną rzecz muszę podkreślić: Seeb szalał i śpiewał z chorym gardłem, a mimo to show było po prostu świetne!

   Niemcy jak to Niemcy łatwo nie odpuszczają i na scenę ponownie weszli nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy - tym razem byli to Freedom Call. Zespół, którego wcześniej nie znałam i który od pierwszego utworu mnie totalnie zachwycił! Dawno nie widziałam takiej energii na scenie! Aż mi było chwilami głupio, że zamiast skakać ze wszystkimi tylko robiłam zdjęcia... Panowie rozpoczęli show swoim utworem rozpoznawczym czyli "Freedom Call". Potem przeszli do "The Eyes of the World"  i kopnęli nas energicznym "Rockstars". Następnie nastąpiło "Tears of Babylon", po czym wspólnie zabrali nas na wyprawę przy dźwiękach "The Quest". Chris wyjaśnił nam gdzie można znaleźć Moc, a gdzie Chwałę, a gdzie obie rzeczy naraz i rozpoczęli Happy Metal Party wraz z publicznością śpiewając "Power & Glory". Po imprezie szybko wyszukali Wojowników i zaśpiewali im "Warriors". Całość ich występu zakończył utwór "Land of Light".

   Teraz nastąpiła dłuższa przerwa przed wejściem gwiazdy wieczoru - LTR. Niestety technika pokazała obsłudze wielkiego faka i odmówiła w większości działania, więc nie było wyświetleń tego, co Luca dla nas zaplanował...

   Ale...

   Zgasło światło, rzutnik łaskawie tym razem zadziałał, rozbrzmiały dźwięki "Quantum X", Luca wpadł z hukiem na scenę, po nim reszta zespołu. Pojawił się wreszcie sam Alessandro Conti i rozpoczęło się wspólne śpiewanie i ekstaza tłumu - pierwszym utworem było "Riding the Winds of Eternity".

   Jeżeli ktoś martwił się o kondycję Luci i jego zespołu - uspokajam! Wszyscy są w najwyższej formie. Luca kilkukrotnie prawie wyleciał ze sceny w tłum, bo tak szalał - skakał po całej scenie, aż mój aparat nie mógł go uchwycić! Alex wymiata na perkusji iście mistrzowsko. Co Patrice potrafi to wiecie - a gra jeszcze lepiej niż w Katowicach! Ale jest jeszcze troszkę małomówny jeśli chodzi o interakcję z publiką, ale się go ośmieli, nie ma co bać żaby ;)

  Po porywistym wietrze zabrzmiał ostatni singiel z "Ascending to Infinity", czyli "Clash of the Titans" - na żywo brzmi o wiele lepiej, niż na albumie. Następnie na scenie Sassy dołączyła do Alessandra i wspólnie odśpiewali "Tormento e Passione". Mamuńciu, jak ona śpiewa! Niemal się ze wzruszenia popłakałam...


   Potem rozbrzmiało intro "Rage" i Sassy odśpiewała "Demonheart" z solowego albumu Luci pt. "Prophet of the Las Eclipse". Rzutnik znowu strzelił focha i nie chciał wyświetlić animacji do "The Village of Dwarves", ale na szczęście ekipa go przekonała i rozbrzmiała moja ukochana piosenka! 

   Nastał czas, by nasze tyłki skopał swą grą sam Alex Landenburg. I udało mu się to w 100%! Jak dla mnie gra dużo lepiej od Alexa Holzwartha.

   Zespół postanowił dać nam odetchnąć i zwolnili tempo wykonując piękne "Forest of Unicorns", które głaciutko przeszło w "The Warrior's Pride". I znów nie obyło się bez pomocy Sassy. Ale doszedł do wniosku, że trzeba nas zaktywizować bardziej (o dziwo się dało) i wrobił nas w odśpiewywanie wspólne "The Ancient Forest of Elves" (znów solowy album Luci - "King of the Nordic Twilight"). Pfff, jak gdyby była potrzebna nam zachęta do śpiewania! Wszyscy bardziej niż chętnie zdzierali sobie gardła wyjąc refren i zwrotki.

   Patrice, który cały czas usiłował skakać jak Luca i jednocześnie dobrze grać, przypomniał nam o sobie mistrzowsko grając swoje solo czyli początek "Of Michael's the Archangel and Lucifer's Fall", które następnie cały zespół nam wykonał. 

   Ponieważ tłum znowu się rozszalał, to należało zwolnić tempo. Zostaliśmy uraczeni przepięknym wykonaniem "Son of Paina", żeby za chwilę z gromkim "GLORIA PERPETUA!" wspólnie odśpiewać "Dawn of Victory" Chwilami zagłuszaliśmy nawet wokalistę!

   Panowie zaczęli się powoli zbierać do uciekania, ale im nie pozwoliliśmy i wspólnie odśpiewaliśmy "Dark Fate of Atlantis", "Emerald Sword" oraz "Warrior of Ice' poprzedzone "Ira Tenax", po którym zespół się ukłonił, uściskał dłonie i zniknął na backtsage'u.


   Ajajaj! Zapomniałam o jeszcze jednej, bardzo ważnej osobie! Nadii Bellir, która dwukrotnie nas uwodziła ze sceny swym tańcem - najpierw jako zwiewny nocny motyl, a następnie jako tajemnicza, zamaskowana piękność. Nadia, byłaś cudowna!!


   Przy tym żegnaniu się ze sceny spotkała mnie ogromna niespodzianka. Nadia podbiegła i podała mi setlistę wraz z kostką, którą grał Luca!

   Po koncercie zaczęłam się martwić, co z ciasteczkami, które musiały zostać w szatni. Wojtimen i Ryslav stwierdzili, że oni już idą i podali mi je, a ja ruszyłam na łowy!. Jako pierwsi, swoją porcję dostali chłopaki z Vexillum, co strasznie ich ucieszyło! Pogadaliśmy chwilę, porobilismy sobie foty (Dario nie chciał się z Dargorem rozstawać!), po czym ruszyłam dalej.


   Jako drudzy dostali chłopaki z Freedom Calla. W ich imieniu odebrał je ich perkusista - Ramy, który sam podszedł mi dziękować za focenie (a którego pomyliłam z innym zespołem - w życiu mi tak głupio nie było! Na szczęście się nie obraził:))

   Potem udało mi się wręczyć ciastka Seebowi z Orden Ogana oraz machnąć z całym zespołem fotę. Ucieszyli się widząc zawiązany ich szalik na moim nadgarstku. Pożartowaliśmy chwilę i poleciałam szukać Patrice'a. Chciałam jemu wręczyć ciacha, jako że on najbardziej dobierał się do tych, które Narrin wręczyła przez Kufira w Katowicach. Więc ciastka dostał Ale, który na początku wydawał się lekko onieśmielony ale chętnie pozował do zdjęć i rozmawiał. Następnie dopadłam Sassy, która okazała się wspaniałą, otwartą osobą, która chętnie z każdym witała się, rozmawiała i fotografowała.



   A potem Nadia wyszła, która natychmiast przybiegła się z nami przywitać, poplotkować. Ośmieliła Falco i Lynn ("No need to be shy!"), które bały się odezwać, porozmawiałyśmy, porobiłyśmy sobie zdjęcia, ponarzekałyśmy na technikę, po czym Nadia zniknęła na backstage'u w poszukiwaniu Luci.



   W międzyczasie dopadłam Patrice'a który udawał, że się gneiwa, że to on nie dostał ciastek, ale obietnica ekstra porcji na następnym koncercie udobruchała go :)

   A potem stała się rzecz niewiarygodna! Luca wyszedł!! I poleciał się ze mną i resztą prędko witać! Powtórzy wcześniejszą prośbę Nadii o przepis na ciastka, popytał jak nam się podobał. Zebrał się tłum, więc oddałyśmy im Lucę, a sami poczekaliśmy aż się rozejdą, po czym wymęczyłyśmy go o autografy. Luca wszystko chętnie podpisywał, zagadując nas o albumy które przywiozłyśmy, pokazując nam, które zdjęcia z sesji mu się podobały. Korzystając z okazji przykazałam Luce, że jeśli będą mieli jakieś kłopoty, będą mieli jakieś pytania czy jakakolwiek pomoc będzie potrzebna to ma w ciemno do nas dzwonić i pisać, a my mu pomożemy na tyle, na ile damy radę!

   Dopadłam jeszcze autografy Ordenów, porozmawialiśmy chwilę z Sassy, która sama na pogaduchy do nas przyszła, po czym poszliśmy się żegnać. Była to już prawie druga doba bez snu, a trzeba było się jeszcze dostać do hostelu, bo rano powrót do Polski. Luca serdecznie nas wyściskał i poszliśmy.


   Taa... Dostać się do hostelu... Łatwo powiedzieć! Po prawie godzinie błądzenia, mojego warczenia (uszkodzony kręgosłup, zmęczenie oraz zaczynające się przeziębienie zmieniło mnie we wkurwione zombie na odwyku) dotarliśmy i natychmiast w ciuchach poszliśmy spać.

   No i nastąpił punkt kulminacyjny złośliwości losu, który spiął się  i wysilił.
   Skutecznie.
   Rano obudził nas nie budzik, a spanikowany głos Lynn: "Ej, za 8 minut mamy autobus!!"
   Panika! Za cholerę nie zdążymy!
   I ofc nie zdążyliśmy. Dzięki darmowemu WiFi i mojemu smartfonowi (bo Rosomakowy lapek nie chciał za bardzo łączyć) wyszukałam pociągi, Rosomak zrobił hokus-pokus na kontach i kupił nam bilety.

Wymeldowaliśmy się, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzać: Most Karola, 
Zamek Praski. Na zamku trafiliśmy na zmianę warty. 
Wróciliśmy metrem (<3)
 na dworzec, Falco z Rosomakiem polecieli szukać smazeni syr (nie znaleźli) a my z Lynn odpoczywałyśmy. Kupiliśmy na szybko coś w Burger Kingu, wzięliśmy rzeczy i wsiedliśmy do pociągu. Wysiedliśmy w Pardubicach, poczekaliśmy godzinę i wsiedliśmy w polską osobówkę. Lynn wysiadła w Kłodzku, my we Wrocławiu. Poleciałam kupić bilet na pospieszny do Poznania - miałam 13 min i zdążyłam! 

Do domu dotarłam o 3 w nocy, a na 9 szłam do pracy na 12h. Dałam radę...

A w skrócie? JA CHCĘ JESZCZE LTR, VEXILLUM, ORDEN OGANA I FREEDOM CALL!!

piątek, 7 grudnia 2012

Odnotujcie to w kronikach!

Rejon zarządził dodatkowe przerwy na herbatę ,bo na sklepie jest 14 stopni. KOSZTEM KOLEJEK! O.o

Świat się kończy...

środa, 5 grudnia 2012

Powinnam wrzucić sprawozdanie z wypadu na koncert do Pragi, ale taaaak mi się nieeee chce...

Wrzucać? :B

sobota, 24 listopada 2012

Ojoj...

Szmat czasu nie rysowałam. Szmat czyli ponad 10 lat. A od dobrych kilku dni chodziło za mną, żeby znowu zacząć rysować. No i dziś się wzięłam, zebrałam w sobie i... Dostałam po tyłku.

Najpierw diabli wzięli gumę do ołówka. Moją ulubioną. Jak udało mi się znaleźć chlebową, to się znowuż się okazało, że jest wyschnięta z jednej strony i nie maże, bo mama jej używała i zapomniała o niej.

Potem stwierdziłam, że skoro nieźle szło mi rysowanie koni, to od konia zacznę. A koń jaki jest to każdy widzi. Czyli duży. Wręcz ogromny. I nijak na kartce zmieścić mi się nie chciał! Albo kopyta mu ucinało, albo połowę łba...

Tom się wkurzyła i spróbowała coś prostszego. Jakiś tam kwiatek i świeczkę w szkle.

I wiecie co? Śmiem twierdzić, że nawet nie najgorzej mi wyszło, biorąc pod uwagę, długość przerwy w rysowaniu... Poniżej macie efekt:


I jak? Tylko ja was błagam - nie wylewajcie od razu na mienia kubłów zimnej wody, tudzież pomyj. Bo znowu mnie skutecznie od czegoś odstraszycie (jak Nav od bazgrolenia)...

A z nowości? 

Zaczęłam się uczyć grafiki komputerowej w szkole policealnej. Za kilka dni jadę do Pragi na koncert LTR. Zastanawiam się nad zmianą fryzury. 

I kompletnie nie podoba mi się nowy wygląd Bloggera! :/

piątek, 20 kwietnia 2012

Rhapsody of Fire - Kraków 2012


Po przyjacielskim rozpadzie zespołu Rhapsody of Fire w sierpniu roku 2011 wielu twierdziło, że zespół bez Luci się skończył. Co więcej, padały oskarżenia o snobizm czy pazerność zespołu…
Jednakże z radością mogę ogłosić, iż zarówno spotkanie dla posiadaczy biletów SuperFan (byłam jednym z nich), jaki i sam koncert, który odbył się 18 kwietnia 2012 roku w krakowskim klubie Kwadrat, były całkowitym zaprzeczeniem negatywnych słów jakie padały pod adresem zespołu.
Ale po kolei.
Plany – jak to w życiu bywa – lubią się psuć czy niekontrolowanie zmieniać. Upatrzonego prezentu dla zespołu nie udało nam się uzyskać (ale nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa!!), więc do Krakowa ruszyłam jedynie ze sporym pudełkiem czekoladowych ciastek domowej roboty i życzeniami ręcznie pisanymi od naszego FC. Od Poznania dzielnie towarzyszyła mi Lyllyth, a po krótkim noclegu u Falco we Wrocławiu, która niestety nam nie mogła towarzyszyć ze złamanym łokciem, w pociągu zabarykadowaliśmy się już w czwórkę: ja czyli nes, Lyllyth, Lynn i DarkMage. Podróż minęła nam bardzo szybko na wspólnych rozmowach, śmianiu się i wkrótce wyładowaliśmy się na krakowskim dworcu kolejowym. Po szybkich acz niezbędnych zakupach – baterie i karta do aparatu – doszliśmy do wniosku, że wypadałoby coś zjeść… Zdążyliśmy już pochłonąć nasze jedzenie, gdy dotarła do nas reszta poznańskiej ekipy: Ani, Nav, chida i Rosomak. Przywitaliśmy się, nowo przybyli podpisali życzenia, po czym wybyli odstawić rzeczy na nocleg. Pozostawiliśmy Lyllyth, która musiała coś jeszcze załatwić, po czym powoli ruszyliśmy szukać autobusu 152, który miał nas zawieźć na miejsce koncertu. Krótko zawadziliśmy o bankomat i punkt informacji miejskiej, by się upewnić, czy dobrym chcemy jechać, kupiliśmy bilety i praktycznie od razu podjechał nasz autobus.
Pod klub zlądowaliśmy wybitnie wcześnie, bo już o 15:40. Nikogo jeszcze nie było, za to zostaliśmy nagrodzeni w oknie nad wejściem widokiem Fabiowych pleców i grzywy. W otwartym oknie za to pojawił się zaciekawiony Tom Hess (jego mina mówiła: „Kto tu się tak wcześnie pojawił?”), który nam pokiwał.  Uspokojeni tym, że jednak dobrze dotarliśmy ( o tym, że nasi ulubieńcy tu grają nie informował żaden plakat), wróciliśmy na przystanek, z którego odebraliśmy dalszą część ekipy: PowerInsane, theMichaś oraz Lyllyth . Wróciliśmy pod klub, a kilka minut po 17-tej wyszła po nas Chiara i… weszliśmy!! Tego, że wszyscy byli piekielnie zdenerwowani oczywiście mówić nie muszę J od przemiłej tour managerki dostaliśmy specjalne opaski i naklejki na ubrania  oraz coś jeszcze. Tu nastąpiła pierwsza miła niespodzianka: dostaliśmy koszulki z trasy, każde w sowim rozmiarze. Dziewczyny dostały oczywiście girlie – wyłamała się jedynie PowerInsane, która poprosiła o normalną koszulkę. Następnie pojawił się mały zgrzyt – jeden z ochroniarzy wyrzucił nas z soundchecku, mówiąc, że on nic o żadnych specjalnych biletach nie wie. Sprawa jedna szybciutko została załatwiona przez zdziwioną Chiarę („Why you’re not going in?”) i mogliśmy obserwować naszych ulubieńców podczas próby.
A się działo! Tom polował na zadek technika od gitar za pomocą gryfu swojej gitary – oczywiście trafił! Technik odpłacił im pięknym za nadobne i owinął kabel wokół szyi Roberto, który zaraz wysunął język i udawał wisielca. Alex H. natomiast w pewnym momencie zaczął grać jakąś melodyjkę, która od razu skojarzyła nam się weseliskiem na wsi, a zaraz potem coś zaśpiewał. Co – nie wiemy, za to Alex S. jak go usłyszał, to zwijał się ze śmiechu.  Panowie po próbie zniknęli u siebie, po czym po trochy zaczęli wychodzić. Najpierw pojawili się bracia Holzwarth, potem Roberto z Tomem, który mnie pamiętał (rozmawiałam z nim parę razy na FB). A Fabia i Alexa S. nie ma! Więc oddelegowano Roberto, żeby – cytując Alexa H. -„Kick their asses and hurry them up!” . Roby ostentacyjnie poprawił rękawy i nogawki, wywołując chóralny wybuch śmiechu, a po chwili mieliśmy ukochany zespół w komplecie. Drobniutki zgrzyt był, jako że panowie byli trochę zmęczeni i niezbyt wiedzieli o co nas pytać – aczkolwiek się nie dziwię, bo to był przedostatni koncert na europejskiej trasie. Z drugiej strony przypuszczam, że się spodziewali milion pięćset sto dziewięćset pytań od nas, a nas totalnie zatchnęło z wrażenia.  Dostali od PowerInsane piwa niepasteryzowane, co szczególnie ucieszyło Alexa H., który sam siebie określił mianem „Beer Guy”, ode mnie wyżej wspomniane ciasteczka, które ucieszyły Alexa Staropoli i odgórnie od całego FC życzenia. Alex S. zaczął udawać, że się boi ciastek, bo na pewno trujące i w ten sposób zmusił mnie do spróbowania (jak bym już tego wcześniej nie zrobiła), po czym pochłonął dwa i się zaczął zastanawiać czy to są biscotti (No, biscotti no – moja odpowiedź). Popatrzył na ciastka i na życzenia, po czym stwierdził, że niech ktoś z chłopaków je na backstage’u schowa, bo im jeszcze techniczni zeżrą.  Udało mi się Fabia zapytać o nasz zeszłoroczny prezent – nasz junikorn jest u niego! Jak się Fabio śmiał, robi mu czasem za przytulankę, tylko że jak się go mocniej ściśnie to mu rży w nocy! Potem nastąpiła sesja zdjęciowa razem i osobno oraz wielkie podpisywanie podsuniętych przez nas płyt, zdjęć i plakatów. Niestety nie udało mi się dopaść z autografami Fabia, bo chłopaki szybko się musieli zwinąć na obiad. Potem dopiero ich na koncercie zobaczyliśmy.
Ale zanim zaczęli kraść nam serca i dusze podczas swojego show, musiały wystąpić suporty.
Na pierwszy ogień zostali rzuceni chłopaki z Ibridomy, którzy na YT i MySpace’ie brzmieli słabiutko, a na koncercie dosłownie spowodowali u nas opad szczęki! Wokalista – Christian – skakał cały występ jakby miał w stopach sprężynki, i mimo ocierania się o granice przesady, tejże granicy nie przekroczył. Zagrali tak dobrze, że podjęłam decyzję, iż po koncercie kupię ich album, jeśli będą mieli.
Później zagrał Elvenking. Wiele osób szło na koncert głównie dla nich. Mnie ich muzyka nie rusza w ogóle, ale muszę przyznać, że dali czadu. Pojawiły się ściana i pogo, a także pierwsi surferzy. Jeden z nich prawie uszkodził mi pożyczoną od Falco lustrzankę, za co oberwał ode mnie po pysku.
Po nich atmosfera jeszcze bardziej zrobiła się gorąca! Sprawnie i szybciutko zdemontowano perkusję i niepotrzebne elementy sceny i…
Weszli!! Tu wybaczcie – nie będzie po kolei! Emocje nadal są zbyt świeże, żebym mogła tak spokojnie opisywać, więc postaram się opisać co i jak, aczkolwiek atmosfery wam nie oddam.
Mieliśmy bardzo bogatego seta – bogatszego od np. Hiszpanii, bo aż 19 utworów, wliczając intro i outro! Zaczęli ostro, bo od Ad Infinitum i głaciutko przeszli do From Chaos to Eternity! Chaos to się dopiero zaczął! Pogo, ściana, surferzy, nasze wrzaski i darcie się, które w zamierzeniu miały być śpiewem! Fotografowie z akredytacjami niepewnie się na nas oglądali, czy ktoś im w plecy nie  przykopie. Panowie z zespołu na widok wykierowanego w nich obiektywu zamierali na chwilę w jednej pozycji i czekali aż opuścimy aparaty – co ciekawe, nie robili tego dla tych, co z akredytacjami biegali po fosie. W ten sposób udało mi się upolować Alexa S. za klawiszami czy Toma szalejącego na gitarze. Roby natomiast wywalił język w stronę fotografującej go Lyllyth.  Fabio coraz lepiej radzi sobie z rozmowami z publiką: zapamiętał, że rok temu wszystko wyśpiewaliśmy pod jego dyktando, więc tym razem zaserwował nam trudniejsze partie. Ale daliśmy radę! Poopowiadał  króciutko o tym, jak nagrywali „Magic of the Wizard’s Dream” z sir Lee i jak to miał drobny problem z ilością wersji. Próbował powiedzieć „dziękuję” po polsku, ale mu to nie wychodziło i stwierdził: ”Oh God, I sound like gay! But, you know I’m not gay!”, co wywołało chóralny wybuch śmiechu i oklasków wśród publiki. Albo jego stwierdzenie po tym, jak dwukrotnie podałam prawidłowy tytuł następnego utworu: „This girl knowi everything!”. Koleżance się zemdlało, ale dzięki szybkiej reakcji współfanów obok niej, została szybko przetransportowana na boczek i ocucona. Niestety, generalna zasadza jest taka, że im lepiej się czas spędza, tym szybciej tenże płynie – tu tez zadziałała. Ani się obejrzeliśmy, a już chłopaki nam się ukłonili i… to był koniec koncertu!
Ale nie koniec zabawy!
Na merchu pojawili się Alex S., Tom I Roberto, by pogadac z fanami, porozdawać autografy i popozować do zdjęcia. Ja ich pozostawiłam innym, natomiast sama polowałam na Chairę, która na moją prośbę przyniosła mi set listę ze sceny. Później przywitałam się Veronicą, która z nieśmiałym uśmiechem wyglądała zza Chiary.
Na stoiskach z Mercem udało mi się dopaść jeszcze płytkę Ibridomy i cały zespół. Christian nie dał mi jeszcze nabrać powietrza, a już usłyszałam podziękowania za wspaniałą zabawę. Oczywiście zgarnęłam od nich autografy na płytce (Marco musiał mi z opakowaniem pomóc, bo nie mogłam znaleźć punktu zaczepienia, by płytkę odpakować xD). Porozmawiałam jeszcze z dwójką fanów, którzy również mieli SF oraz z uOkO, który pozostał do końca koncertu (Michał, naprawdę cię nie poznałam!”).
Potem już tylko szybko odebrałam rzeczy z szatni i ewakuowałam się z PowerInsane i Lyllyth do samochodu DragonLady. Trochę pojeździłyśmy po Krakowie szukając czynnego Maca, aż w końcu dopadłyśmy na Floriańskiej. Ja z Lylly wysiadłyśmy, a dziewczyny pojechały dalej. Zjadłyśmy, herbatkę wypiłyśmy, dotarli do nas później Lynn i DarkMage. Ja jeszcze zdołałam sfocić Sukiennice i Kościół Mariacki nocą, po czym mi już całkowicie baterie padły. Jako że w między czasie pozamykali wszystko, udaliśmy się na dworzec, gdzie kupiliśmy bilety i czekaliśmy na pociąg, który mieliśmy tuż przed piątą.  Jak nam go podstawili, to odstawiliśmy Lyllyth z jej wielgachną walizką na jej peron, po czym wsiedliśmy do naszego. Tyle wytrzymaliśmy, żeby nam bilety skontrolowano, po czym zgodnie zrobiliśmy kompresję naszych ciał i poszliśmy spać (mieliśmy szyno bus – wiecie jak ciężko się ułożyć na dwóch siedzeniach??)

No i nadszedł czas podziękowań (postaram się chronologicznie):
- mojemu  kumplowi za udostępnienie piekarnika do wypieczenia ciastek dla zespołu
- współtowarzyszom w podróży: Lyllyth, Lynn i DarMage’owi za wspaniałe towarzystwo i cierpliwe wysłuchiwanie mojej gadaniny;
- pozostałym fanom z biletami SuperFan: byliście świetni!
- Chiarze za sprawne załatwienie wszystkiego. No i za podanie mi setlisty!
- Veronice za ciepliwe witanie się ;)
- technicznym za świetną organizację i pilnowanie, by wszystko było perfekcyjnie
- zespołowi Rhapsody of Fire: za wszystko! Za cierpliwe wyciąganie z nas jakichkolwiek słów, za wygłupy na scenie i żarty na spotkaniu. Oraz za cierpliwe podpisywanie wszystkiego cośmy im podetknęli! Czekamy na was z niecierpliwością!
- suportom za rozgrzanie nas
- innym fanom za wspólne bawienie się
- Ibridomie za autografy i podziękowania! Chłopaki naprawdę świetni byliście!
- DragonLady za podwiezienie nas po koncercie do centrum
-  last but not least  - Falco i jej bratu Patrykowi za przenocowanie w obie strony, gorący prysznic po koncercie oraz bieganie ze mną po mieście! Jesteście kochani!! :*

Zupełnie oddzielnie chciałam serdecznie podziękować polskiemu fanklubowi Rhapsody of Fire za pojawienie się, stworzenie i podtrzymanie wspaniałej atmosfery! Oraz za to, że jesteście!!

Na sam koniec, dla co bardziej niecierpliwych:









sobota, 10 marca 2012

Bordello bum-bum! - czyli akcje w Bożej Krówce

   W sumie, do napisania posta o numerach w moim miejscu pracy zbieram się od dawna. Akcje będą nie tylko klientów, innych kasjerów, ale i szefostwa (tej góry na samej górze). Coby zbędnie nie przedłużać jedziemy!
   Z rzeczy co ciekawszych:

  • Na pierwszej alei musimy z KAŻDYM klientem nawiązać kontakt wzrokowy i powiedzieć "dzień dobry". Ok, jeszcze miałoby sens, gdyby nie kilka faktów: po pierwsze, i tak większości się kłaniamy (niezależnie od miejsca na markecie), a po drugie - ilość klientów. Polecenie jest wykonalne rano i tuż przed zamknięciem, kiedy kilka sztuk homo sapiens klientus snuje się po sklepie. Ale już po godzinie 10-tej, gdzie na pierwszej alei znajduje się ponad 15 osób...? Może miałoby to sens, gdyby nasz sklep był duży i te aleje długie, ale tu? Najlepiej to chyba będzie jak po wejściu na ową aleję ryknę "dzień dobry" raz, bo inaczej to nie nadążę...
  • Nie wolno nam żadnego produktu odłożyć na magazyn - KLIENT JEST NAJWAŻNIEJSZY! Czyli: nie szkodzi, że np. w niedzielę mam 12- godzinną zmianę, a chleba jest za mało. Nie mogę odłożyć, bo od dyra (jak wpadnie na sklep) dostanę ochrzan gigant ( i dobrze będzie, jak się na tym skończy) - i nie ma tłumaczenia, że nie będę miała co jeść.
  • Trzy osoby przy kasie to kolejka. Zwykle dzwonimy przy 8 osobach, bo wówczas dopiero kasjerka nie nadąża. Efekt? Dwonek, kasjer(ka) leci, po czym wraca, bo już są obsłużeni. Ale dzwonek musi być, bo jak Tajemniczy Klient wejdzie to nam da po punktach.
  • Tajemniczy Klient. Jedna wielka ściema. Sklep pięknie utrzymywany przez cały miesiąc, kajerzy chodzą jak żylety. Wyniki? 50%. Bo nie spojrzał na klienta. Bo nie doprowadził do półki z towarem. - tu trafił na mnie. I nie szkodzi, że stał naprzeciwko tegoż towaru. Nawet nie było okoliczności łagodzącej, że przytrzymywałam przewracającą się paletę... Nie, ja miałam puścić paletę (połowa to był alkohol), zrobić krok i mu palcem pokazać -.- Upitolili nas, bo straty były małe i inwentura ładnie - czyli premia musiałaby być. A jak, i inwentura katastrofalna, i straty ogromne, to nagle TK 100%
  • Palety z towarem. Chryste panie, czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że rzeczy twarde i stabilne kładzie się na wierzchu, a drobne i delikatne an górze, A NIE ODWROTNIE?! Efekt? Koleżanka z kolegą zbierali z ulicy dwie palety nabiału. Przewróciły się SAME! Przedwczoraj pół palety z sokami się rozsypało na górze - szybem windy ciekło na dół. Wczoraj - zbierałam z kierownikiem kolejną paletę nabiału. Szczęśliwie tym razem nie było strat. Bo centrala na takie skargi reagować nie raczy. Jak zgłosiliśmy ponad 160 opakowań truskawek - przyjechały spleśniałe i nadgniłe, to usłyszeliśmy, że źle przechowywaliśmy. Jasne, przez 1h wszystko zgnić może... Po awanturze uznali 15 opakowań z dnia następnego, ale tych 160 nie - "bo za późno zgłoszone"
  • Nietrzeźwi. Ulala, ich można by opisywać w nieskończoność. A co do sprzedaży im alkoholi i piwa: wiadomo, że się nie sprzedaje. Ale! Kto jest nietrzeźwy ma decydować kasjerka i/lub ochrona. W praktyce wygląda to tak: dla mnie osobą pod wpływem alkoholu jest osoba cała malinowa na twarzy. I takiej osobie nie sprzedawałam. Do momentu, aż jeden z nich grozić mi zaczął publicznie tygodniowym biciem i tygodniowym gwałtem. Ochroniarz stał za mną. Zareagował, jak agresor powoli zaczął się szykować do rękoczynów. Czyja wina? Oczywiście moja, bo wcześniej lekko zaróżowionemu (równomiernie) sprzedałam piwo -.- No to zaczęłam sprzedawać mailowym na pysku (no chyba, że się zataczał, śmierdział alkoholem czy też miał problemy z normalną mową). I co? Notatka służbowa, że sprzedałam alkohol nietrzeźwemu. No to wróciłam do punktu wyjścia... I co? Też źle! Bo "bądźmy ludźmi - jak się nie zatacza, to sprzedawaj". No comments.
  • Jak klient coś strzaśnie, to nie można go zmusić do zapłaty za szkodę. Ba! Co więcej, nie wolno nam wpędzać w poczucie winy.
  • Jak część z was wie (ot, choćby Falco) nasz sklep jest w piwnicy. Pod Sfinksem. Efekt? Śfinks ma nieszczelną instalację wodociągowo-kanalizacyjną. Większość naprawili, ale koło schowka z dokumentami NADAL cieknie. Obie firmy uprawiają spychologię stosowaną. Kilka miesięcy temu kierownik Sfinksa (niezłe ciacho swoją drogą :P) przyszedł ze swoimi robotnikami - robole usiłowali nam wmówić, że kanaliza płynie pod górę i że to nasze ścieki kapią nam z sufitu. Co więcej usłyszeliśmy, że "to będzie ciekło, bo jak oni przeczyszczą rusy z tłuszczu, to zawsze leci na łączeniach rur" - innymi słowy, uszczelek albo nie ma albo są wypaczone. A normalnie nie cieknie, bo tłuszcz w rurach zapychał szpary. Zezwałam ich od partaczy, a panu tłumaczącemu nam nowe prawa grawitacji palnęłam, że on nawet na ucznia hydraulika nie nadaje się.  
  • Wydało się, co tak cuchnęło w okolicy kasy pierwszej i alkoholu. Pod paletą z papierem leżał rozkładający się szczur. Inny biegł przez pierwszą aleję pod lodówki.-.- Tu jedyne nadmienię, że zaniedbań ze strony sklepu nie ma - mamy stacje deratyzacyjne i wszystko, ale draństwo przełazi korytarzami pod wieżowcem oraz od Sfinksa (syf na zapleczu, gdzie gotują mają niesamowity!).
A klienci? Oj...

  • Zaczynam kasować klienta, "dzień dobry" i jadę. O siatkę pytać już nie musimy - klient sam musi się upomnieć. I upomina. Po zakończeniu paragonu i jak zacznę kasować kolejnego klienta. -.- A że siatki płatne, to musi czekać, aż skończę, bo paragonu zawiesić nie mogę.
  • Nie wiedziałam zresztą, że odpowiedzią na "dzień dobry" jest "siatkę proszę!"
  • Siatek ciąg dalszy: "siatki proszę" "Ile? Dwie czy więcej?" (oburzonym tonem) "Jedną!" -.- To po kiego grzyba używasz cholero liczby mnogiej?!
  • Nienawidzę, gdy obsługuje faceta, a ten sterczy przede mną, łapska trzyma w kieszeni i przestępuje z nogi na nogę. Zawsze mam wówczas ochotę spytać, czy te hemoroidy naprawdę mu tak dokuczają...
  • Albo tzw. siateczkowcy. Może widzieliście: KAŻDY produkt w oddzielnej foliówce do warzyw. I marudzi (u nas już nie, bośmy ich wychowali "inaczej nie skasuję!"), żeby "nie wyciągać, bo podwójna robota" -.- Jeszcze zrozumiem, jak np. jakaś rzecz sypka w siateczce, bo np. uszkodzona. Albo proszek, żeby do żywności nie dotykał. Ale batoniki osobno, makaron osobno...?
  • O, i kolejna rzecz doprowadzająca mnie do szału - niespełnieni kasjerzy (określenie moje:)). Wyłożą cały towar na kasę. Zaczynasz ich kasować, a oni: zaczynają ci podbierać spod ręki wszystko i przekładać. Margarynę weźmie, podłoży masło. Te batoniki najpierw, a tamte potem. CHRYSTEEE, co za różnica?! Jeszcze sens by miało, jakby podawali najpierw ciężkie rzeczy, typu napoje, cukier, bo "na spód muszą iść", ale żeby praktycznie wyrywać mi z ręki??
  • Dominującą cechą klientów jest zasada "gdzie się wysra tam zostawi". I potem znajdujemy: bułki w proszku do prania, mięso na sokach, czekolady na kocim żarciu. Albo zostawią na kasie, bo "ja tego nie piłam, więc jednak nie wezmę" - to po cholerę bierzesz?? Po całym dniu takich cudów mamy trzy duże kosze do roznoszenia.
  • Wylało się coś na sklepie, bądź jest myte. Gdzie pójdą? Oczywiście po mokrym! Zwyczajowy wyjątek - jak coś jest rozlane przy kasie, wówczas grzecznie starają się ominąć.
  • Coś im się rozbiło. Sprzątać nie muszą, my to zrobimy, ale zazwyczaj to jeszcze kopną pod półkę, że to nie oni. I w takim przypadku mam wielki szacunek do pojedynczych osób: "pani ten majonez skasuje, bo mi się zbiło". Normalnie szok! 
  • Studenci! Wielki Borze Szumiący! Wchodzą grupą, robią jazgot na cały sklep, blokują kolejkę (bo stoją wszyscy mimo, że jedna osoba kupuje), po czym płacą np. 100zł za bułkę 0,29zł -.- "Nie mam drobnych!". Albo za przeszło 200zł kupują alkoholu.Po czym dwa dni później te same osoby narzekają, że kasy na jedzenie nie mają. Było tyle chlać?? Ew. szpan na kasę - pannica z tipsami dłuższymi od palców (jak ona tyłek podciera??), ciuchy markowe, torebka i portfel Louis Vuitton, makijaż, solarium. Płaci jak wyżej 100zł za bułkę i jabłko. Sęk w tym, że całość psuje żucie gumy. Z otwartą paszczą. Tak, że migdałki widać. -.-
  • Erasmusowcy. Tu zależy. Miałam Japonkę, która po trzech tygodniach normalnie komunikowała się ze mną po polsku. Nie było idealnie, ale sam fakt szacunek u mnie wzbudził. Jak miała problem, to przechodziłam na angielski. Ogólnie osoby z Chin, Japonii i krajów im podobnych cechują się dużą kulturą osobistą i raz zaradnością - nie zrozumie ceny, to popatrzy na wyświetlacz. Natomiast Hiszpania i Portugalia... Wrrr, jak ja już ich słyszę, to mi się coś przewraca. Przez PÓŁ ROKU nauczyli się JEDNEGO SŁOWA: "torba". A potem usiłowali po angielsku. Skończyło się chodzenie do mnie, jak robiłam za tłumacza, gdy ochroniarz capnął jednego na kradzieży. Koleś kombinować usiłował, więc policja wezwana została. Koniec końców delikwent jechał na komendę. A ja wyszłam z pracy we wspaniałym humorze. Nie jestem osobą zawistną, poza tym przypadkiem - jak do nich się jedzie, to oczekują, że po ichniemu gadać będziemy. Ok, logiczne. Ale jak oni przyjeżdżają gdziekolwiek, to nie starają się nic nauczyć z języka danego kraju. Osobiście, to chyba bym się ze wstydu spaliła nie znając podstawowych słówek ("dziękuję, "proszę", "przepraszam, ale niestey nie znamtego języka"
  • Obcokrajowcy. To samo, co erasmusowcy, jeśli chodzi o języki.Wyjątki: Węgrzy, Rosjanie oraz Japonia i Chiny. Oni starają się porozumieć po polsku. Na zasadzie "Kali mieć krowa", ale zawsze. Ot, przykład: w Poznaniu mieliśmy dni przyjaźni polsko-węgierskiej. Oficjele w wieku 55+. Między sobą po węgiersku, a do nas? Stoi trzech nad sokami i mnie zaczepiają: "Przieprasziam, nie banan?" I tu wskazuje na sok wieloowocowy. Odpowiedziałam z uśmiechem "Banan". "A dziękuję" i uśmiech. To samo przy kasie.  Albo jak jedna Niemka radziła sobie w mojej poprzedniej pracy. Jak? Miała słownik niemiecko-polski polsko-niemiecki. Zaczepiła polskim "przepraszam" i mi palcem po prostu pokazała czego szuka. Można? Można. Tylko trzeba chcieć. 
O ranyście, ale mi długalaśny post wyszedł... I jak wam się teraz widzi praca kasjera w centrum miasta?

czwartek, 16 lutego 2012

Za dużo, ZA DUŻO!!

Za dużo się działo, a ja zbyt dawno tu nie pisałam.

Z rzeczy najważniejszych: 

-> forum przeniesione i działa jak ta lala;
-> jeden z kredytów kończę spłacać w tym miesiącu, a najgorszy z nich w sierpniu.

I tak sobie myślę (i przypuszczam, że mama się zgodzi), że bardzo chętnie bym się gdzieś wyrwała na tydzień, jak już ostatnia rata padnie :) Nie, nie miasto. 

nesia jest stworzeniem naturokochającym i miasto ją męczy. I dlatego się zapytowywuję evenmori i Falco: wybrałybyście się ze mną w góry na początku września? Łażenie godzinami po lasach, polach, górach, zwiedzanie zabytków i cudów, które drzewa zazdrośnie ukryły?

Śmiem zaproponować wypad nad czeską granicę - w Góry Kaczawskie. Jest to rejon wygasłych wulkanów. Wzniesienia nie są wysokie, bodajże ichniejszy najwyższy szczyt to wzniesienie Ostrzyca Proboszowicka o zawrotnej wysokości 501m :)

Zdjęcia z onetu:

Rezerwat na górze Miłek:



Lubiechowa i ruiny renesansowego dworu:



Wieś Grobla - wjedziesz do niej, ale nie wyjedziesz. Jej drugi koniec to wąwóz i ściana lasu:



Cmentarz w Rzęśniku - jeden z nagrobków:



Widok na jeden z wulkanów:



Jak zachwala Onet:

To dobre góry, żeby się zagubić. Gdzieś pośród mrocznych wąwozów parujących wilgocią, w cieniu zamkowych ruin na wulkanicznej skale, albo na bezludnych szlakach z pierwszorzędną panoramą. Góry dla koneserów. Góry Kaczawskie są jak młodsza siostra, ta, która na razie nie wyjdzie za mąż – o ile w ogóle... Są za blisko Karkonoszy. Za bardzo w cieniu Śnieżki. O całe 25 kilometrów za daleko od zdeptanych do granic przyzwoitości okolic Karpacza...
Zachęcam do przeczytania artykułu na Onet.pl:
Wygasłe wulkany i cień zamku

Portal poświęcony Górom i Pogórzu Kaczawskiemu:
http://www.gorykaczawskie.pl

Oraz co warto zobaczyć:
http://www.villagreta.pl/gory-kaczawskie.htm#kaczawskie

Co wy na to? Oczywiście inne propozycje mile widziane :) I tak, even, możesz wziąć Lubego :)

EDIT: Ups, mój błąd - najwyższy szczyt to Skopiec o wysokości 724m n.p.m.

środa, 11 stycznia 2012

Niusy, niusy, niusy...

  Niby urlop, a jednak.. Króciutko (a może i nie:P):

  -> moje pójście na krav magę jest coraz bardziej pewniejsze - koleżankę z pracy złodziejka pobiła;
  -> forum chwilowo nieczynne jest - po zrobieniu backupu danych się wysypało -.- 
  -> jutro zaczynam przenosić je na nowy serwer, więc pół biedy :P

Z całego serca polecam wybranie się do kina na "Shrelocka Holmesa: Grę Cieni" - wspaniała akcja, świetne gagi (szczególnie sceny w pociągu), świetnie wykreowane postacie, Robert Downey Jr. i przepiękna muzyka niepokonanego Hansa Zimmera. Jak obsłucham sobie ścieżkę dźwiękową bez filmu, to wrzucę coś jako przykład :)



O, proszę, znalazłam!