czwartek, 17 października 2013

J'en ai marre!

O tyle cierpliwości, ile miałam dla obecnej pracy, to w życiu bym się nie posądziła. Aczkolwiek ostatnie numery przebiły wszystko i po prostu mam już dość! W bardzo dużym skrócie i od myślników:

  • premii od ponad roku na oczy nie widzieliśmy
  • o trzynastą pensję, która jest przyznawana za wzrost dochodów firmy, walczyć trzeba było ponad miesiąc, bo wg. firmy jest kryzys - i nie szkodzi, że był wzrost o ponad 14% w porównaniu do roku ubiegłego
  • podstawy wypłat mamy coraz wyższe, ale dostajemy coraz niższe wypłaty
  • na urlop się nie opłaca iść - wynagrodzenie za 7 dni urlopowych wyniosło 12zł z groszami...
  • mamy braki w obsadzie, ale jedyne co jest ważne, to to, że paletą nie wyjechaliśmy na sklep
  • nie szkodzi, że jeden kierownik chodzi z wrzodami żołądka i uszkodzonym kręgosłupem, drugi ze zbitą kostką (oberwała paleciakiem elektrycznym - kostka spuchła jak bania), a ja z zespołem cieśni nadgarstka
  • inna kierowniczka poszła na chorobowe, bo tak w pracy rozcięła sobie palec, że szwy były potrzebne - reakcja dyrektora: "Wzięła L4 na PALEC??" -.-
Innymi słowy - robić w chuja mnie zbyt długo nie porobią. 


Czekam tylko do wiosny, na kolejny sezon (i ew. trzynastą pensję - jeśli takowa będzie) i wybywam do Anglii. Koleżanka siedzi tam od ponad roku, obiecała zaklepać mi miejsce w mieszkaniu więc...

Na chwilę obecną trzeba pozamykać ważne sprawy i zacząć się szykować...

Lista "To Be Done":
  • skończyć stronę Rhapsody Polska
  • wyrobić paszport (na wszelki wypadek)
  • odszukać wszystkie papiery (AutoCAD) i odebrać dyplom (grafika)
  • przypomnieć sobie gramatykę j. angielskiego
  • zrobić własny, podręczny słownik (np. nazwy warzyw, przypraw, słownictwo ważne, specjalistyczne)
  • przygotować solidnie Ubuntu na lapku do pracy
Pożegnać się i... SAYONARA! :)


środa, 26 grudnia 2012

Święta, święta i... Diabli wzięli wolne...

     Od jutra ciąg dalszy maratonu w pracy. Po maratonie Sylwek, a po Sylwku egzaminy w szkole.... -.-

W związku z tym chyba zaraz połączę przyjemne z pożytecznym i zabiorę się za logo dla naszego fanklubu... ;)

czwartek, 20 grudnia 2012

LTR, Freedom Call, Orden Ogan, Vexillum w Pradze

      Minęły ponad dwa tygodnie od koncertu, a sprawozdanie leży w zeszycie. Należałoby coś z tym przedsięwziąć prawda... ;))

   Impreza zaczęła się ciekawie. A nawet bardzo ciekawie. Karma od samego początku miała humory jak mysz w ciąży i na przemian serwowała nam marchewkę i kopniaki. Za to finalny kopniak pokonał wszystko! Ale o tym później...

   Na "dzień dobry" zwiał mi autobus, którym miałam ruszać na dworzec. A dokładniej, to nie zwiał, tylko wypadł. Dla odmiany po tym pechowym zdarzeniu los podarował mi i Rosomakowi  puściutki przedział w wagonie pierwszej klasy. I mimo, że mieliśmy bilety na drugą klasę (bo aż takie burżuje co pierwszą jeżdżą to nie jesteśmy), to mogliśmy tam zostać - pierwsza klasa jechała jako druga! ^^ Zaraz potem Rosomak  dostawał białej gorączki, bo miał całą drogę pracować, a sygnał internetowy zachowywał się jak Józek z piosenki Bajmu - pojawiał się i znikał. 

   We Wrocławiu odebrała nas Falco, a zaraz potem dołączyła do nas Lynn i wspólnie ruszyliśmy do mieszkania tej pierwszej. U Falco tak dobrze nam się siedziało, że się spóźniliśmy na nocny i trzeba było wołać taksówkę. Na dworcu PKSu zaokrętowaliśmy się do PolskiegoBusa. Pech znowu dał o sobie znać, bo nie dało rady siedzieć koło siebie. Ryslav z Wojtimenem dali radę zająć nam tylko dwa miejsca, które szybko z Falco zajęłyśmy. Rosomak z Lynn musieli szukać gdzie indziej. Gwoli wyjaśnienia: PB są wygodne, ale nie jeśli chce się spać. Mi z Falco udało się poukładać jedna na drugiej(ja z głową na jej kolanach, a ona na mnie) ale i tak totalnie niewyspane zajechałyśmy. 

   Na krótkim postoju technicznym w Kudowie Zdrój udało się zrobić zadziwiająco dużo: Falco kupiła picie, ja z Lynn i Rosomakiem wymieniliśmy pieniądze, po czym poleciałyśmy we trzy do toalety i zrobiłyśmy akcję " Kooooteeeeek! Pogłaskam!". Pani w toalecie przygarnęła malutką koteczkę i wszyscy rzucili się do miziania i drapania stworzonka, które wdzięcznie się nadstawiało, a później zaczęło bawić rozwiązanymi sznurowadłami Falco (oraz drzwiami automatycznymi). 

   Praga przywitała nas zimnym deszczem oraz wiatrem. Pod hostel dotarliśmy po 7-mej, ale wygonili nas bo nowych gości wpuszczają od 12-tej. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy. Udało nam się znaleźć otwarty bar śniadaniowy, gdzie przesiedzieliśmy do 9-tej, ale potem trzeba było się ruszyć zwiedzać. 

   Do 12 powłóczyliśmy się po Starówce, obejrzeliśmy figurki pojawiające się pod zegarem słonecznym o pełnych godzinach, jeden z kościołów, wpadliśmy na Most Karola i odnaleźliśmy miejsce koncertu. 

   Po tym wszystkim Wojtimen z Ryslavem poszli coś zjeść, a my - totalnie zziębnięci, zmęczeni i przemoczeni polecieliśmy się zameldować. Udało się bezproblemowo. Szybkie rozeznanie sytuacji i z Falco wkrótce prysznicowałyśmy się radośnie , zużywając resztę ciepłej wody jaka została bojlerze. Jeszcze tylko zaplotłam sobie włosy, nastawiłam budzik i walnęliśmy się spać.

  Wstaliśmy o 16-tej i zaczęliśmy się zbierać. Na miejsce koncertu dotarliśmy przed 18-tą i mieliśmy świetne miejsca, które jednak nic nie dały, bo Ryslav z kumplem, którzy mieli bilety przyszli na ostatnią minutę. Tyle, że wpuszczać zaczęli wcześniej, więc musiałyśmy innych przepuszczać. Pus był taki, że wpuścili nas z aparatami, a my od razu pognaliśmy pod scenę, ignorując bar, merch itp.

   W między czasie Vexillum zaczęli grać i dotarłyśmy bodajże na drugą lub trzecią piosenkę. I ponownie jak w Katowicach ragazzi italiani nie zawiedli i dali świetne show! Dario rozpoznał naszego Dargora, którym radośnie wywijałam w przerwach między foceniem. Jednakże muszę powiedzieć, że byli chłopcy bardzo poszkodowani, bo zagrali bodajże 5 piosenek  - "The Wanderer's Note", "Dethrone the Tyrant", "Avalon", "Megiddo" and "The Marketsquare of Dooly".

  Po włoskiej energii nastał czas na niemiecki kopniak - na scenę weszli panowie z Orden Ogana przy dźwiękach "The Frozen Few" z ich najnowszego albumu "To the End" i od razu ruszyli z galopadą z "To the New Shores of Sadness", żeby zaraz potem przejść do hymnowego "We are Pirates!", które publiczność chętnie odśpiewała razem z nimi. Następnie nastał czas na moje ukochane "Things We Believe In". Panowie wykonali również utwór bonusowy "Masks" i tym samym zwolnili tempo, by za chwilę przyspieszyć z tytułowym utworem "To the End. Swój występ zakończyli utworem "Angels' War", do którego kręcą obecnie teledysk. Seeb zachęcał nas, żeby sfilmować ich wykonanie tegoż utworu i wrzucenie go do sieci, z czego skorzystałam (aczkolwiek dźwięk wypał fatalnie na nagraniu...). Jedną rzecz muszę podkreślić: Seeb szalał i śpiewał z chorym gardłem, a mimo to show było po prostu świetne!

   Niemcy jak to Niemcy łatwo nie odpuszczają i na scenę ponownie weszli nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy - tym razem byli to Freedom Call. Zespół, którego wcześniej nie znałam i który od pierwszego utworu mnie totalnie zachwycił! Dawno nie widziałam takiej energii na scenie! Aż mi było chwilami głupio, że zamiast skakać ze wszystkimi tylko robiłam zdjęcia... Panowie rozpoczęli show swoim utworem rozpoznawczym czyli "Freedom Call". Potem przeszli do "The Eyes of the World"  i kopnęli nas energicznym "Rockstars". Następnie nastąpiło "Tears of Babylon", po czym wspólnie zabrali nas na wyprawę przy dźwiękach "The Quest". Chris wyjaśnił nam gdzie można znaleźć Moc, a gdzie Chwałę, a gdzie obie rzeczy naraz i rozpoczęli Happy Metal Party wraz z publicznością śpiewając "Power & Glory". Po imprezie szybko wyszukali Wojowników i zaśpiewali im "Warriors". Całość ich występu zakończył utwór "Land of Light".

   Teraz nastąpiła dłuższa przerwa przed wejściem gwiazdy wieczoru - LTR. Niestety technika pokazała obsłudze wielkiego faka i odmówiła w większości działania, więc nie było wyświetleń tego, co Luca dla nas zaplanował...

   Ale...

   Zgasło światło, rzutnik łaskawie tym razem zadziałał, rozbrzmiały dźwięki "Quantum X", Luca wpadł z hukiem na scenę, po nim reszta zespołu. Pojawił się wreszcie sam Alessandro Conti i rozpoczęło się wspólne śpiewanie i ekstaza tłumu - pierwszym utworem było "Riding the Winds of Eternity".

   Jeżeli ktoś martwił się o kondycję Luci i jego zespołu - uspokajam! Wszyscy są w najwyższej formie. Luca kilkukrotnie prawie wyleciał ze sceny w tłum, bo tak szalał - skakał po całej scenie, aż mój aparat nie mógł go uchwycić! Alex wymiata na perkusji iście mistrzowsko. Co Patrice potrafi to wiecie - a gra jeszcze lepiej niż w Katowicach! Ale jest jeszcze troszkę małomówny jeśli chodzi o interakcję z publiką, ale się go ośmieli, nie ma co bać żaby ;)

  Po porywistym wietrze zabrzmiał ostatni singiel z "Ascending to Infinity", czyli "Clash of the Titans" - na żywo brzmi o wiele lepiej, niż na albumie. Następnie na scenie Sassy dołączyła do Alessandra i wspólnie odśpiewali "Tormento e Passione". Mamuńciu, jak ona śpiewa! Niemal się ze wzruszenia popłakałam...


   Potem rozbrzmiało intro "Rage" i Sassy odśpiewała "Demonheart" z solowego albumu Luci pt. "Prophet of the Las Eclipse". Rzutnik znowu strzelił focha i nie chciał wyświetlić animacji do "The Village of Dwarves", ale na szczęście ekipa go przekonała i rozbrzmiała moja ukochana piosenka! 

   Nastał czas, by nasze tyłki skopał swą grą sam Alex Landenburg. I udało mu się to w 100%! Jak dla mnie gra dużo lepiej od Alexa Holzwartha.

   Zespół postanowił dać nam odetchnąć i zwolnili tempo wykonując piękne "Forest of Unicorns", które głaciutko przeszło w "The Warrior's Pride". I znów nie obyło się bez pomocy Sassy. Ale doszedł do wniosku, że trzeba nas zaktywizować bardziej (o dziwo się dało) i wrobił nas w odśpiewywanie wspólne "The Ancient Forest of Elves" (znów solowy album Luci - "King of the Nordic Twilight"). Pfff, jak gdyby była potrzebna nam zachęta do śpiewania! Wszyscy bardziej niż chętnie zdzierali sobie gardła wyjąc refren i zwrotki.

   Patrice, który cały czas usiłował skakać jak Luca i jednocześnie dobrze grać, przypomniał nam o sobie mistrzowsko grając swoje solo czyli początek "Of Michael's the Archangel and Lucifer's Fall", które następnie cały zespół nam wykonał. 

   Ponieważ tłum znowu się rozszalał, to należało zwolnić tempo. Zostaliśmy uraczeni przepięknym wykonaniem "Son of Paina", żeby za chwilę z gromkim "GLORIA PERPETUA!" wspólnie odśpiewać "Dawn of Victory" Chwilami zagłuszaliśmy nawet wokalistę!

   Panowie zaczęli się powoli zbierać do uciekania, ale im nie pozwoliliśmy i wspólnie odśpiewaliśmy "Dark Fate of Atlantis", "Emerald Sword" oraz "Warrior of Ice' poprzedzone "Ira Tenax", po którym zespół się ukłonił, uściskał dłonie i zniknął na backtsage'u.


   Ajajaj! Zapomniałam o jeszcze jednej, bardzo ważnej osobie! Nadii Bellir, która dwukrotnie nas uwodziła ze sceny swym tańcem - najpierw jako zwiewny nocny motyl, a następnie jako tajemnicza, zamaskowana piękność. Nadia, byłaś cudowna!!


   Przy tym żegnaniu się ze sceny spotkała mnie ogromna niespodzianka. Nadia podbiegła i podała mi setlistę wraz z kostką, którą grał Luca!

   Po koncercie zaczęłam się martwić, co z ciasteczkami, które musiały zostać w szatni. Wojtimen i Ryslav stwierdzili, że oni już idą i podali mi je, a ja ruszyłam na łowy!. Jako pierwsi, swoją porcję dostali chłopaki z Vexillum, co strasznie ich ucieszyło! Pogadaliśmy chwilę, porobilismy sobie foty (Dario nie chciał się z Dargorem rozstawać!), po czym ruszyłam dalej.


   Jako drudzy dostali chłopaki z Freedom Calla. W ich imieniu odebrał je ich perkusista - Ramy, który sam podszedł mi dziękować za focenie (a którego pomyliłam z innym zespołem - w życiu mi tak głupio nie było! Na szczęście się nie obraził:))

   Potem udało mi się wręczyć ciastka Seebowi z Orden Ogana oraz machnąć z całym zespołem fotę. Ucieszyli się widząc zawiązany ich szalik na moim nadgarstku. Pożartowaliśmy chwilę i poleciałam szukać Patrice'a. Chciałam jemu wręczyć ciacha, jako że on najbardziej dobierał się do tych, które Narrin wręczyła przez Kufira w Katowicach. Więc ciastka dostał Ale, który na początku wydawał się lekko onieśmielony ale chętnie pozował do zdjęć i rozmawiał. Następnie dopadłam Sassy, która okazała się wspaniałą, otwartą osobą, która chętnie z każdym witała się, rozmawiała i fotografowała.



   A potem Nadia wyszła, która natychmiast przybiegła się z nami przywitać, poplotkować. Ośmieliła Falco i Lynn ("No need to be shy!"), które bały się odezwać, porozmawiałyśmy, porobiłyśmy sobie zdjęcia, ponarzekałyśmy na technikę, po czym Nadia zniknęła na backstage'u w poszukiwaniu Luci.



   W międzyczasie dopadłam Patrice'a który udawał, że się gneiwa, że to on nie dostał ciastek, ale obietnica ekstra porcji na następnym koncercie udobruchała go :)

   A potem stała się rzecz niewiarygodna! Luca wyszedł!! I poleciał się ze mną i resztą prędko witać! Powtórzy wcześniejszą prośbę Nadii o przepis na ciastka, popytał jak nam się podobał. Zebrał się tłum, więc oddałyśmy im Lucę, a sami poczekaliśmy aż się rozejdą, po czym wymęczyłyśmy go o autografy. Luca wszystko chętnie podpisywał, zagadując nas o albumy które przywiozłyśmy, pokazując nam, które zdjęcia z sesji mu się podobały. Korzystając z okazji przykazałam Luce, że jeśli będą mieli jakieś kłopoty, będą mieli jakieś pytania czy jakakolwiek pomoc będzie potrzebna to ma w ciemno do nas dzwonić i pisać, a my mu pomożemy na tyle, na ile damy radę!

   Dopadłam jeszcze autografy Ordenów, porozmawialiśmy chwilę z Sassy, która sama na pogaduchy do nas przyszła, po czym poszliśmy się żegnać. Była to już prawie druga doba bez snu, a trzeba było się jeszcze dostać do hostelu, bo rano powrót do Polski. Luca serdecznie nas wyściskał i poszliśmy.


   Taa... Dostać się do hostelu... Łatwo powiedzieć! Po prawie godzinie błądzenia, mojego warczenia (uszkodzony kręgosłup, zmęczenie oraz zaczynające się przeziębienie zmieniło mnie we wkurwione zombie na odwyku) dotarliśmy i natychmiast w ciuchach poszliśmy spać.

   No i nastąpił punkt kulminacyjny złośliwości losu, który spiął się  i wysilił.
   Skutecznie.
   Rano obudził nas nie budzik, a spanikowany głos Lynn: "Ej, za 8 minut mamy autobus!!"
   Panika! Za cholerę nie zdążymy!
   I ofc nie zdążyliśmy. Dzięki darmowemu WiFi i mojemu smartfonowi (bo Rosomakowy lapek nie chciał za bardzo łączyć) wyszukałam pociągi, Rosomak zrobił hokus-pokus na kontach i kupił nam bilety.

Wymeldowaliśmy się, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzać: Most Karola, 
Zamek Praski. Na zamku trafiliśmy na zmianę warty. 
Wróciliśmy metrem (<3)
 na dworzec, Falco z Rosomakiem polecieli szukać smazeni syr (nie znaleźli) a my z Lynn odpoczywałyśmy. Kupiliśmy na szybko coś w Burger Kingu, wzięliśmy rzeczy i wsiedliśmy do pociągu. Wysiedliśmy w Pardubicach, poczekaliśmy godzinę i wsiedliśmy w polską osobówkę. Lynn wysiadła w Kłodzku, my we Wrocławiu. Poleciałam kupić bilet na pospieszny do Poznania - miałam 13 min i zdążyłam! 

Do domu dotarłam o 3 w nocy, a na 9 szłam do pracy na 12h. Dałam radę...

A w skrócie? JA CHCĘ JESZCZE LTR, VEXILLUM, ORDEN OGANA I FREEDOM CALL!!

piątek, 7 grudnia 2012

Odnotujcie to w kronikach!

Rejon zarządził dodatkowe przerwy na herbatę ,bo na sklepie jest 14 stopni. KOSZTEM KOLEJEK! O.o

Świat się kończy...

środa, 5 grudnia 2012

Powinnam wrzucić sprawozdanie z wypadu na koncert do Pragi, ale taaaak mi się nieeee chce...

Wrzucać? :B

sobota, 24 listopada 2012

Ojoj...

Szmat czasu nie rysowałam. Szmat czyli ponad 10 lat. A od dobrych kilku dni chodziło za mną, żeby znowu zacząć rysować. No i dziś się wzięłam, zebrałam w sobie i... Dostałam po tyłku.

Najpierw diabli wzięli gumę do ołówka. Moją ulubioną. Jak udało mi się znaleźć chlebową, to się znowuż się okazało, że jest wyschnięta z jednej strony i nie maże, bo mama jej używała i zapomniała o niej.

Potem stwierdziłam, że skoro nieźle szło mi rysowanie koni, to od konia zacznę. A koń jaki jest to każdy widzi. Czyli duży. Wręcz ogromny. I nijak na kartce zmieścić mi się nie chciał! Albo kopyta mu ucinało, albo połowę łba...

Tom się wkurzyła i spróbowała coś prostszego. Jakiś tam kwiatek i świeczkę w szkle.

I wiecie co? Śmiem twierdzić, że nawet nie najgorzej mi wyszło, biorąc pod uwagę, długość przerwy w rysowaniu... Poniżej macie efekt:


I jak? Tylko ja was błagam - nie wylewajcie od razu na mienia kubłów zimnej wody, tudzież pomyj. Bo znowu mnie skutecznie od czegoś odstraszycie (jak Nav od bazgrolenia)...

A z nowości? 

Zaczęłam się uczyć grafiki komputerowej w szkole policealnej. Za kilka dni jadę do Pragi na koncert LTR. Zastanawiam się nad zmianą fryzury. 

I kompletnie nie podoba mi się nowy wygląd Bloggera! :/

piątek, 20 kwietnia 2012

Rhapsody of Fire - Kraków 2012


Po przyjacielskim rozpadzie zespołu Rhapsody of Fire w sierpniu roku 2011 wielu twierdziło, że zespół bez Luci się skończył. Co więcej, padały oskarżenia o snobizm czy pazerność zespołu…
Jednakże z radością mogę ogłosić, iż zarówno spotkanie dla posiadaczy biletów SuperFan (byłam jednym z nich), jaki i sam koncert, który odbył się 18 kwietnia 2012 roku w krakowskim klubie Kwadrat, były całkowitym zaprzeczeniem negatywnych słów jakie padały pod adresem zespołu.
Ale po kolei.
Plany – jak to w życiu bywa – lubią się psuć czy niekontrolowanie zmieniać. Upatrzonego prezentu dla zespołu nie udało nam się uzyskać (ale nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa!!), więc do Krakowa ruszyłam jedynie ze sporym pudełkiem czekoladowych ciastek domowej roboty i życzeniami ręcznie pisanymi od naszego FC. Od Poznania dzielnie towarzyszyła mi Lyllyth, a po krótkim noclegu u Falco we Wrocławiu, która niestety nam nie mogła towarzyszyć ze złamanym łokciem, w pociągu zabarykadowaliśmy się już w czwórkę: ja czyli nes, Lyllyth, Lynn i DarkMage. Podróż minęła nam bardzo szybko na wspólnych rozmowach, śmianiu się i wkrótce wyładowaliśmy się na krakowskim dworcu kolejowym. Po szybkich acz niezbędnych zakupach – baterie i karta do aparatu – doszliśmy do wniosku, że wypadałoby coś zjeść… Zdążyliśmy już pochłonąć nasze jedzenie, gdy dotarła do nas reszta poznańskiej ekipy: Ani, Nav, chida i Rosomak. Przywitaliśmy się, nowo przybyli podpisali życzenia, po czym wybyli odstawić rzeczy na nocleg. Pozostawiliśmy Lyllyth, która musiała coś jeszcze załatwić, po czym powoli ruszyliśmy szukać autobusu 152, który miał nas zawieźć na miejsce koncertu. Krótko zawadziliśmy o bankomat i punkt informacji miejskiej, by się upewnić, czy dobrym chcemy jechać, kupiliśmy bilety i praktycznie od razu podjechał nasz autobus.
Pod klub zlądowaliśmy wybitnie wcześnie, bo już o 15:40. Nikogo jeszcze nie było, za to zostaliśmy nagrodzeni w oknie nad wejściem widokiem Fabiowych pleców i grzywy. W otwartym oknie za to pojawił się zaciekawiony Tom Hess (jego mina mówiła: „Kto tu się tak wcześnie pojawił?”), który nam pokiwał.  Uspokojeni tym, że jednak dobrze dotarliśmy ( o tym, że nasi ulubieńcy tu grają nie informował żaden plakat), wróciliśmy na przystanek, z którego odebraliśmy dalszą część ekipy: PowerInsane, theMichaś oraz Lyllyth . Wróciliśmy pod klub, a kilka minut po 17-tej wyszła po nas Chiara i… weszliśmy!! Tego, że wszyscy byli piekielnie zdenerwowani oczywiście mówić nie muszę J od przemiłej tour managerki dostaliśmy specjalne opaski i naklejki na ubrania  oraz coś jeszcze. Tu nastąpiła pierwsza miła niespodzianka: dostaliśmy koszulki z trasy, każde w sowim rozmiarze. Dziewczyny dostały oczywiście girlie – wyłamała się jedynie PowerInsane, która poprosiła o normalną koszulkę. Następnie pojawił się mały zgrzyt – jeden z ochroniarzy wyrzucił nas z soundchecku, mówiąc, że on nic o żadnych specjalnych biletach nie wie. Sprawa jedna szybciutko została załatwiona przez zdziwioną Chiarę („Why you’re not going in?”) i mogliśmy obserwować naszych ulubieńców podczas próby.
A się działo! Tom polował na zadek technika od gitar za pomocą gryfu swojej gitary – oczywiście trafił! Technik odpłacił im pięknym za nadobne i owinął kabel wokół szyi Roberto, który zaraz wysunął język i udawał wisielca. Alex H. natomiast w pewnym momencie zaczął grać jakąś melodyjkę, która od razu skojarzyła nam się weseliskiem na wsi, a zaraz potem coś zaśpiewał. Co – nie wiemy, za to Alex S. jak go usłyszał, to zwijał się ze śmiechu.  Panowie po próbie zniknęli u siebie, po czym po trochy zaczęli wychodzić. Najpierw pojawili się bracia Holzwarth, potem Roberto z Tomem, który mnie pamiętał (rozmawiałam z nim parę razy na FB). A Fabia i Alexa S. nie ma! Więc oddelegowano Roberto, żeby – cytując Alexa H. -„Kick their asses and hurry them up!” . Roby ostentacyjnie poprawił rękawy i nogawki, wywołując chóralny wybuch śmiechu, a po chwili mieliśmy ukochany zespół w komplecie. Drobniutki zgrzyt był, jako że panowie byli trochę zmęczeni i niezbyt wiedzieli o co nas pytać – aczkolwiek się nie dziwię, bo to był przedostatni koncert na europejskiej trasie. Z drugiej strony przypuszczam, że się spodziewali milion pięćset sto dziewięćset pytań od nas, a nas totalnie zatchnęło z wrażenia.  Dostali od PowerInsane piwa niepasteryzowane, co szczególnie ucieszyło Alexa H., który sam siebie określił mianem „Beer Guy”, ode mnie wyżej wspomniane ciasteczka, które ucieszyły Alexa Staropoli i odgórnie od całego FC życzenia. Alex S. zaczął udawać, że się boi ciastek, bo na pewno trujące i w ten sposób zmusił mnie do spróbowania (jak bym już tego wcześniej nie zrobiła), po czym pochłonął dwa i się zaczął zastanawiać czy to są biscotti (No, biscotti no – moja odpowiedź). Popatrzył na ciastka i na życzenia, po czym stwierdził, że niech ktoś z chłopaków je na backstage’u schowa, bo im jeszcze techniczni zeżrą.  Udało mi się Fabia zapytać o nasz zeszłoroczny prezent – nasz junikorn jest u niego! Jak się Fabio śmiał, robi mu czasem za przytulankę, tylko że jak się go mocniej ściśnie to mu rży w nocy! Potem nastąpiła sesja zdjęciowa razem i osobno oraz wielkie podpisywanie podsuniętych przez nas płyt, zdjęć i plakatów. Niestety nie udało mi się dopaść z autografami Fabia, bo chłopaki szybko się musieli zwinąć na obiad. Potem dopiero ich na koncercie zobaczyliśmy.
Ale zanim zaczęli kraść nam serca i dusze podczas swojego show, musiały wystąpić suporty.
Na pierwszy ogień zostali rzuceni chłopaki z Ibridomy, którzy na YT i MySpace’ie brzmieli słabiutko, a na koncercie dosłownie spowodowali u nas opad szczęki! Wokalista – Christian – skakał cały występ jakby miał w stopach sprężynki, i mimo ocierania się o granice przesady, tejże granicy nie przekroczył. Zagrali tak dobrze, że podjęłam decyzję, iż po koncercie kupię ich album, jeśli będą mieli.
Później zagrał Elvenking. Wiele osób szło na koncert głównie dla nich. Mnie ich muzyka nie rusza w ogóle, ale muszę przyznać, że dali czadu. Pojawiły się ściana i pogo, a także pierwsi surferzy. Jeden z nich prawie uszkodził mi pożyczoną od Falco lustrzankę, za co oberwał ode mnie po pysku.
Po nich atmosfera jeszcze bardziej zrobiła się gorąca! Sprawnie i szybciutko zdemontowano perkusję i niepotrzebne elementy sceny i…
Weszli!! Tu wybaczcie – nie będzie po kolei! Emocje nadal są zbyt świeże, żebym mogła tak spokojnie opisywać, więc postaram się opisać co i jak, aczkolwiek atmosfery wam nie oddam.
Mieliśmy bardzo bogatego seta – bogatszego od np. Hiszpanii, bo aż 19 utworów, wliczając intro i outro! Zaczęli ostro, bo od Ad Infinitum i głaciutko przeszli do From Chaos to Eternity! Chaos to się dopiero zaczął! Pogo, ściana, surferzy, nasze wrzaski i darcie się, które w zamierzeniu miały być śpiewem! Fotografowie z akredytacjami niepewnie się na nas oglądali, czy ktoś im w plecy nie  przykopie. Panowie z zespołu na widok wykierowanego w nich obiektywu zamierali na chwilę w jednej pozycji i czekali aż opuścimy aparaty – co ciekawe, nie robili tego dla tych, co z akredytacjami biegali po fosie. W ten sposób udało mi się upolować Alexa S. za klawiszami czy Toma szalejącego na gitarze. Roby natomiast wywalił język w stronę fotografującej go Lyllyth.  Fabio coraz lepiej radzi sobie z rozmowami z publiką: zapamiętał, że rok temu wszystko wyśpiewaliśmy pod jego dyktando, więc tym razem zaserwował nam trudniejsze partie. Ale daliśmy radę! Poopowiadał  króciutko o tym, jak nagrywali „Magic of the Wizard’s Dream” z sir Lee i jak to miał drobny problem z ilością wersji. Próbował powiedzieć „dziękuję” po polsku, ale mu to nie wychodziło i stwierdził: ”Oh God, I sound like gay! But, you know I’m not gay!”, co wywołało chóralny wybuch śmiechu i oklasków wśród publiki. Albo jego stwierdzenie po tym, jak dwukrotnie podałam prawidłowy tytuł następnego utworu: „This girl knowi everything!”. Koleżance się zemdlało, ale dzięki szybkiej reakcji współfanów obok niej, została szybko przetransportowana na boczek i ocucona. Niestety, generalna zasadza jest taka, że im lepiej się czas spędza, tym szybciej tenże płynie – tu tez zadziałała. Ani się obejrzeliśmy, a już chłopaki nam się ukłonili i… to był koniec koncertu!
Ale nie koniec zabawy!
Na merchu pojawili się Alex S., Tom I Roberto, by pogadac z fanami, porozdawać autografy i popozować do zdjęcia. Ja ich pozostawiłam innym, natomiast sama polowałam na Chairę, która na moją prośbę przyniosła mi set listę ze sceny. Później przywitałam się Veronicą, która z nieśmiałym uśmiechem wyglądała zza Chiary.
Na stoiskach z Mercem udało mi się dopaść jeszcze płytkę Ibridomy i cały zespół. Christian nie dał mi jeszcze nabrać powietrza, a już usłyszałam podziękowania za wspaniałą zabawę. Oczywiście zgarnęłam od nich autografy na płytce (Marco musiał mi z opakowaniem pomóc, bo nie mogłam znaleźć punktu zaczepienia, by płytkę odpakować xD). Porozmawiałam jeszcze z dwójką fanów, którzy również mieli SF oraz z uOkO, który pozostał do końca koncertu (Michał, naprawdę cię nie poznałam!”).
Potem już tylko szybko odebrałam rzeczy z szatni i ewakuowałam się z PowerInsane i Lyllyth do samochodu DragonLady. Trochę pojeździłyśmy po Krakowie szukając czynnego Maca, aż w końcu dopadłyśmy na Floriańskiej. Ja z Lylly wysiadłyśmy, a dziewczyny pojechały dalej. Zjadłyśmy, herbatkę wypiłyśmy, dotarli do nas później Lynn i DarkMage. Ja jeszcze zdołałam sfocić Sukiennice i Kościół Mariacki nocą, po czym mi już całkowicie baterie padły. Jako że w między czasie pozamykali wszystko, udaliśmy się na dworzec, gdzie kupiliśmy bilety i czekaliśmy na pociąg, który mieliśmy tuż przed piątą.  Jak nam go podstawili, to odstawiliśmy Lyllyth z jej wielgachną walizką na jej peron, po czym wsiedliśmy do naszego. Tyle wytrzymaliśmy, żeby nam bilety skontrolowano, po czym zgodnie zrobiliśmy kompresję naszych ciał i poszliśmy spać (mieliśmy szyno bus – wiecie jak ciężko się ułożyć na dwóch siedzeniach??)

No i nadszedł czas podziękowań (postaram się chronologicznie):
- mojemu  kumplowi za udostępnienie piekarnika do wypieczenia ciastek dla zespołu
- współtowarzyszom w podróży: Lyllyth, Lynn i DarMage’owi za wspaniałe towarzystwo i cierpliwe wysłuchiwanie mojej gadaniny;
- pozostałym fanom z biletami SuperFan: byliście świetni!
- Chiarze za sprawne załatwienie wszystkiego. No i za podanie mi setlisty!
- Veronice za ciepliwe witanie się ;)
- technicznym za świetną organizację i pilnowanie, by wszystko było perfekcyjnie
- zespołowi Rhapsody of Fire: za wszystko! Za cierpliwe wyciąganie z nas jakichkolwiek słów, za wygłupy na scenie i żarty na spotkaniu. Oraz za cierpliwe podpisywanie wszystkiego cośmy im podetknęli! Czekamy na was z niecierpliwością!
- suportom za rozgrzanie nas
- innym fanom za wspólne bawienie się
- Ibridomie za autografy i podziękowania! Chłopaki naprawdę świetni byliście!
- DragonLady za podwiezienie nas po koncercie do centrum
-  last but not least  - Falco i jej bratu Patrykowi za przenocowanie w obie strony, gorący prysznic po koncercie oraz bieganie ze mną po mieście! Jesteście kochani!! :*

Zupełnie oddzielnie chciałam serdecznie podziękować polskiemu fanklubowi Rhapsody of Fire za pojawienie się, stworzenie i podtrzymanie wspaniałej atmosfery! Oraz za to, że jesteście!!

Na sam koniec, dla co bardziej niecierpliwych: