piątek, 20 kwietnia 2012

Rhapsody of Fire - Kraków 2012


Po przyjacielskim rozpadzie zespołu Rhapsody of Fire w sierpniu roku 2011 wielu twierdziło, że zespół bez Luci się skończył. Co więcej, padały oskarżenia o snobizm czy pazerność zespołu…
Jednakże z radością mogę ogłosić, iż zarówno spotkanie dla posiadaczy biletów SuperFan (byłam jednym z nich), jaki i sam koncert, który odbył się 18 kwietnia 2012 roku w krakowskim klubie Kwadrat, były całkowitym zaprzeczeniem negatywnych słów jakie padały pod adresem zespołu.
Ale po kolei.
Plany – jak to w życiu bywa – lubią się psuć czy niekontrolowanie zmieniać. Upatrzonego prezentu dla zespołu nie udało nam się uzyskać (ale nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa!!), więc do Krakowa ruszyłam jedynie ze sporym pudełkiem czekoladowych ciastek domowej roboty i życzeniami ręcznie pisanymi od naszego FC. Od Poznania dzielnie towarzyszyła mi Lyllyth, a po krótkim noclegu u Falco we Wrocławiu, która niestety nam nie mogła towarzyszyć ze złamanym łokciem, w pociągu zabarykadowaliśmy się już w czwórkę: ja czyli nes, Lyllyth, Lynn i DarkMage. Podróż minęła nam bardzo szybko na wspólnych rozmowach, śmianiu się i wkrótce wyładowaliśmy się na krakowskim dworcu kolejowym. Po szybkich acz niezbędnych zakupach – baterie i karta do aparatu – doszliśmy do wniosku, że wypadałoby coś zjeść… Zdążyliśmy już pochłonąć nasze jedzenie, gdy dotarła do nas reszta poznańskiej ekipy: Ani, Nav, chida i Rosomak. Przywitaliśmy się, nowo przybyli podpisali życzenia, po czym wybyli odstawić rzeczy na nocleg. Pozostawiliśmy Lyllyth, która musiała coś jeszcze załatwić, po czym powoli ruszyliśmy szukać autobusu 152, który miał nas zawieźć na miejsce koncertu. Krótko zawadziliśmy o bankomat i punkt informacji miejskiej, by się upewnić, czy dobrym chcemy jechać, kupiliśmy bilety i praktycznie od razu podjechał nasz autobus.
Pod klub zlądowaliśmy wybitnie wcześnie, bo już o 15:40. Nikogo jeszcze nie było, za to zostaliśmy nagrodzeni w oknie nad wejściem widokiem Fabiowych pleców i grzywy. W otwartym oknie za to pojawił się zaciekawiony Tom Hess (jego mina mówiła: „Kto tu się tak wcześnie pojawił?”), który nam pokiwał.  Uspokojeni tym, że jednak dobrze dotarliśmy ( o tym, że nasi ulubieńcy tu grają nie informował żaden plakat), wróciliśmy na przystanek, z którego odebraliśmy dalszą część ekipy: PowerInsane, theMichaś oraz Lyllyth . Wróciliśmy pod klub, a kilka minut po 17-tej wyszła po nas Chiara i… weszliśmy!! Tego, że wszyscy byli piekielnie zdenerwowani oczywiście mówić nie muszę J od przemiłej tour managerki dostaliśmy specjalne opaski i naklejki na ubrania  oraz coś jeszcze. Tu nastąpiła pierwsza miła niespodzianka: dostaliśmy koszulki z trasy, każde w sowim rozmiarze. Dziewczyny dostały oczywiście girlie – wyłamała się jedynie PowerInsane, która poprosiła o normalną koszulkę. Następnie pojawił się mały zgrzyt – jeden z ochroniarzy wyrzucił nas z soundchecku, mówiąc, że on nic o żadnych specjalnych biletach nie wie. Sprawa jedna szybciutko została załatwiona przez zdziwioną Chiarę („Why you’re not going in?”) i mogliśmy obserwować naszych ulubieńców podczas próby.
A się działo! Tom polował na zadek technika od gitar za pomocą gryfu swojej gitary – oczywiście trafił! Technik odpłacił im pięknym za nadobne i owinął kabel wokół szyi Roberto, który zaraz wysunął język i udawał wisielca. Alex H. natomiast w pewnym momencie zaczął grać jakąś melodyjkę, która od razu skojarzyła nam się weseliskiem na wsi, a zaraz potem coś zaśpiewał. Co – nie wiemy, za to Alex S. jak go usłyszał, to zwijał się ze śmiechu.  Panowie po próbie zniknęli u siebie, po czym po trochy zaczęli wychodzić. Najpierw pojawili się bracia Holzwarth, potem Roberto z Tomem, który mnie pamiętał (rozmawiałam z nim parę razy na FB). A Fabia i Alexa S. nie ma! Więc oddelegowano Roberto, żeby – cytując Alexa H. -„Kick their asses and hurry them up!” . Roby ostentacyjnie poprawił rękawy i nogawki, wywołując chóralny wybuch śmiechu, a po chwili mieliśmy ukochany zespół w komplecie. Drobniutki zgrzyt był, jako że panowie byli trochę zmęczeni i niezbyt wiedzieli o co nas pytać – aczkolwiek się nie dziwię, bo to był przedostatni koncert na europejskiej trasie. Z drugiej strony przypuszczam, że się spodziewali milion pięćset sto dziewięćset pytań od nas, a nas totalnie zatchnęło z wrażenia.  Dostali od PowerInsane piwa niepasteryzowane, co szczególnie ucieszyło Alexa H., który sam siebie określił mianem „Beer Guy”, ode mnie wyżej wspomniane ciasteczka, które ucieszyły Alexa Staropoli i odgórnie od całego FC życzenia. Alex S. zaczął udawać, że się boi ciastek, bo na pewno trujące i w ten sposób zmusił mnie do spróbowania (jak bym już tego wcześniej nie zrobiła), po czym pochłonął dwa i się zaczął zastanawiać czy to są biscotti (No, biscotti no – moja odpowiedź). Popatrzył na ciastka i na życzenia, po czym stwierdził, że niech ktoś z chłopaków je na backstage’u schowa, bo im jeszcze techniczni zeżrą.  Udało mi się Fabia zapytać o nasz zeszłoroczny prezent – nasz junikorn jest u niego! Jak się Fabio śmiał, robi mu czasem za przytulankę, tylko że jak się go mocniej ściśnie to mu rży w nocy! Potem nastąpiła sesja zdjęciowa razem i osobno oraz wielkie podpisywanie podsuniętych przez nas płyt, zdjęć i plakatów. Niestety nie udało mi się dopaść z autografami Fabia, bo chłopaki szybko się musieli zwinąć na obiad. Potem dopiero ich na koncercie zobaczyliśmy.
Ale zanim zaczęli kraść nam serca i dusze podczas swojego show, musiały wystąpić suporty.
Na pierwszy ogień zostali rzuceni chłopaki z Ibridomy, którzy na YT i MySpace’ie brzmieli słabiutko, a na koncercie dosłownie spowodowali u nas opad szczęki! Wokalista – Christian – skakał cały występ jakby miał w stopach sprężynki, i mimo ocierania się o granice przesady, tejże granicy nie przekroczył. Zagrali tak dobrze, że podjęłam decyzję, iż po koncercie kupię ich album, jeśli będą mieli.
Później zagrał Elvenking. Wiele osób szło na koncert głównie dla nich. Mnie ich muzyka nie rusza w ogóle, ale muszę przyznać, że dali czadu. Pojawiły się ściana i pogo, a także pierwsi surferzy. Jeden z nich prawie uszkodził mi pożyczoną od Falco lustrzankę, za co oberwał ode mnie po pysku.
Po nich atmosfera jeszcze bardziej zrobiła się gorąca! Sprawnie i szybciutko zdemontowano perkusję i niepotrzebne elementy sceny i…
Weszli!! Tu wybaczcie – nie będzie po kolei! Emocje nadal są zbyt świeże, żebym mogła tak spokojnie opisywać, więc postaram się opisać co i jak, aczkolwiek atmosfery wam nie oddam.
Mieliśmy bardzo bogatego seta – bogatszego od np. Hiszpanii, bo aż 19 utworów, wliczając intro i outro! Zaczęli ostro, bo od Ad Infinitum i głaciutko przeszli do From Chaos to Eternity! Chaos to się dopiero zaczął! Pogo, ściana, surferzy, nasze wrzaski i darcie się, które w zamierzeniu miały być śpiewem! Fotografowie z akredytacjami niepewnie się na nas oglądali, czy ktoś im w plecy nie  przykopie. Panowie z zespołu na widok wykierowanego w nich obiektywu zamierali na chwilę w jednej pozycji i czekali aż opuścimy aparaty – co ciekawe, nie robili tego dla tych, co z akredytacjami biegali po fosie. W ten sposób udało mi się upolować Alexa S. za klawiszami czy Toma szalejącego na gitarze. Roby natomiast wywalił język w stronę fotografującej go Lyllyth.  Fabio coraz lepiej radzi sobie z rozmowami z publiką: zapamiętał, że rok temu wszystko wyśpiewaliśmy pod jego dyktando, więc tym razem zaserwował nam trudniejsze partie. Ale daliśmy radę! Poopowiadał  króciutko o tym, jak nagrywali „Magic of the Wizard’s Dream” z sir Lee i jak to miał drobny problem z ilością wersji. Próbował powiedzieć „dziękuję” po polsku, ale mu to nie wychodziło i stwierdził: ”Oh God, I sound like gay! But, you know I’m not gay!”, co wywołało chóralny wybuch śmiechu i oklasków wśród publiki. Albo jego stwierdzenie po tym, jak dwukrotnie podałam prawidłowy tytuł następnego utworu: „This girl knowi everything!”. Koleżance się zemdlało, ale dzięki szybkiej reakcji współfanów obok niej, została szybko przetransportowana na boczek i ocucona. Niestety, generalna zasadza jest taka, że im lepiej się czas spędza, tym szybciej tenże płynie – tu tez zadziałała. Ani się obejrzeliśmy, a już chłopaki nam się ukłonili i… to był koniec koncertu!
Ale nie koniec zabawy!
Na merchu pojawili się Alex S., Tom I Roberto, by pogadac z fanami, porozdawać autografy i popozować do zdjęcia. Ja ich pozostawiłam innym, natomiast sama polowałam na Chairę, która na moją prośbę przyniosła mi set listę ze sceny. Później przywitałam się Veronicą, która z nieśmiałym uśmiechem wyglądała zza Chiary.
Na stoiskach z Mercem udało mi się dopaść jeszcze płytkę Ibridomy i cały zespół. Christian nie dał mi jeszcze nabrać powietrza, a już usłyszałam podziękowania za wspaniałą zabawę. Oczywiście zgarnęłam od nich autografy na płytce (Marco musiał mi z opakowaniem pomóc, bo nie mogłam znaleźć punktu zaczepienia, by płytkę odpakować xD). Porozmawiałam jeszcze z dwójką fanów, którzy również mieli SF oraz z uOkO, który pozostał do końca koncertu (Michał, naprawdę cię nie poznałam!”).
Potem już tylko szybko odebrałam rzeczy z szatni i ewakuowałam się z PowerInsane i Lyllyth do samochodu DragonLady. Trochę pojeździłyśmy po Krakowie szukając czynnego Maca, aż w końcu dopadłyśmy na Floriańskiej. Ja z Lylly wysiadłyśmy, a dziewczyny pojechały dalej. Zjadłyśmy, herbatkę wypiłyśmy, dotarli do nas później Lynn i DarkMage. Ja jeszcze zdołałam sfocić Sukiennice i Kościół Mariacki nocą, po czym mi już całkowicie baterie padły. Jako że w między czasie pozamykali wszystko, udaliśmy się na dworzec, gdzie kupiliśmy bilety i czekaliśmy na pociąg, który mieliśmy tuż przed piątą.  Jak nam go podstawili, to odstawiliśmy Lyllyth z jej wielgachną walizką na jej peron, po czym wsiedliśmy do naszego. Tyle wytrzymaliśmy, żeby nam bilety skontrolowano, po czym zgodnie zrobiliśmy kompresję naszych ciał i poszliśmy spać (mieliśmy szyno bus – wiecie jak ciężko się ułożyć na dwóch siedzeniach??)

No i nadszedł czas podziękowań (postaram się chronologicznie):
- mojemu  kumplowi za udostępnienie piekarnika do wypieczenia ciastek dla zespołu
- współtowarzyszom w podróży: Lyllyth, Lynn i DarMage’owi za wspaniałe towarzystwo i cierpliwe wysłuchiwanie mojej gadaniny;
- pozostałym fanom z biletami SuperFan: byliście świetni!
- Chiarze za sprawne załatwienie wszystkiego. No i za podanie mi setlisty!
- Veronice za ciepliwe witanie się ;)
- technicznym za świetną organizację i pilnowanie, by wszystko było perfekcyjnie
- zespołowi Rhapsody of Fire: za wszystko! Za cierpliwe wyciąganie z nas jakichkolwiek słów, za wygłupy na scenie i żarty na spotkaniu. Oraz za cierpliwe podpisywanie wszystkiego cośmy im podetknęli! Czekamy na was z niecierpliwością!
- suportom za rozgrzanie nas
- innym fanom za wspólne bawienie się
- Ibridomie za autografy i podziękowania! Chłopaki naprawdę świetni byliście!
- DragonLady za podwiezienie nas po koncercie do centrum
-  last but not least  - Falco i jej bratu Patrykowi za przenocowanie w obie strony, gorący prysznic po koncercie oraz bieganie ze mną po mieście! Jesteście kochani!! :*

Zupełnie oddzielnie chciałam serdecznie podziękować polskiemu fanklubowi Rhapsody of Fire za pojawienie się, stworzenie i podtrzymanie wspaniałej atmosfery! Oraz za to, że jesteście!!

Na sam koniec, dla co bardziej niecierpliwych: