wtorek, 30 sierpnia 2011

What a beautiful daaaaaaaay!

Aaaach, jak miło się byczyć w łóżeczku :) Po tych siedmiu dniach maratonu w pracy, lenię się na maksa. Herbatka jes, wygodne podusie są, ciepła wełniana kołderka jest, książka jest. Tym razem na tapecie mam "Córkę kata" Olivera Potzsch.Krótko po zakończeniu wojny trzydziestoletniej (XVII wiek) w niemieckim Schongau dochodzi do serii brutalnych morderstw na dzieciach. Jako sprawczynię ludzie widzą miejscową akuszerkę Marię, która zostanie oskarżona o konszachty z diabłem i owe mordy. W jej niewinność wierzą jedynie kat, jego córka oraz młody medyk, którzy na własną rękę prowadzą śledztwo. Całkiem ciekawa, jednak w pewnym momencie autor chyba utknął w martwym punkcie, bo mam wrażenie, że śledztwo kręci się w kółko. Aczkolwiek może to wina faktu, że czytałam ją do tej pory jadąc do pracy, a więc jakieś pół godziny dziennie.
Żeby wam troszkę uzmysłowić, skąd taki dobór bohaterów. Zarówno akuszerki, jak i kaci należeli do wyklętych z "normalnych" społeczności. Akuszerki często określano mianem "czarownic" ze względu na ich olbrzymią, jak na owe czasy, wiedzę medyczną, głównie z zakresu układu rozrodczego, oraz znajomości ziół. Większość z nich znała się na leczeniu chorób od ówczesnych lekarzy, którzy w większości zalecali amputację, wypalanie ran, okłady i upuszczanie krwi jako lek na wszystko. Kaci natomiast byli wykluczani ze społeczeństwa ze względu na specyfikę swego zawodu. Byli oni nie tylko odpowiedzialni za stracenia skazańców, jak również za wszelkiego rodzaju tortury. Nic więc dziwnego, że zwykli ludzie bali się kogoś, kto potrafiłby nawet trupa zmusić do przyznania się do winy.

Uprzedzam pytania: pisanie, jak i pomysły na razie stoją w miejscu. Aczkolwiek wolę na spokojnie pomyśleć nad historią czy jak mają bohaterowie wyglądać. A już na pewno nie chciałabym dopuścić do tego, żeby toto zrobić byle jak. Wcale się nie zdziwię, jak skończy się na tym, że najpierw pojawią się opisy scenek, a dopiero później będziem składać to do kupy :)

Wczoraj gadałam z kierowniczką. Mam bodajże we wrześniu ponad 5 dodatkowych dni wolnych, więc najprawdopodobniej we Wrocławiu zląduję duuuużo wcześniej jeśli chodzi o godzinę przyjazdu :D

2 komentarze:

  1. Udało mi się ruszyć z pisaniem, ale trochę opornie mi idzie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nooo, to będzie czadowo :D
    Babcia, którą się we Wrocku zajmuję (shizofreniczka wprawdzie, ale chyba we wspomnienia można wierzyć) opowiadała kiedyś, jak to jeszcze w czasach międzywojennych na wsi na akuszerki mówiono, że są "nawiedzone" z powodu właśnie różnych umiejętności i wiedzy niezwykłych dla większości ludzi. W ogóle niektóre przesądy bardzo długo się zachowały. Babcia koleżanki rok temu opowiadała, jak to "wodziło zawsze na Mucharz" i co się robiło, żeby mleko nie zsiadło, a jeszcze owej koleżance w dzieciństwie dodawano do zupek różnych ziółek, żeby uodporniła się na trucizny. Szkoda, że takie rzeczy powoli odchodzą w niepamięć, tyle uroku i magii dodawały życiu codziennemu... Co tam wahania kursów walut, kiedy sąsiad ci na krowę urok rzucił! *rozmarzona*

    OdpowiedzUsuń