Po przyjacielskim rozpadzie
zespołu Rhapsody of Fire w sierpniu roku 2011 wielu twierdziło, że zespół bez
Luci się skończył. Co więcej, padały oskarżenia o snobizm czy pazerność zespołu…
Jednakże z radością mogę ogłosić,
iż zarówno spotkanie dla posiadaczy biletów SuperFan (byłam jednym z nich),
jaki i sam koncert, który odbył się 18 kwietnia 2012 roku w krakowskim klubie
Kwadrat, były całkowitym zaprzeczeniem negatywnych słów jakie padały pod
adresem zespołu.
Ale po kolei.
Plany – jak to w życiu bywa –
lubią się psuć czy niekontrolowanie zmieniać. Upatrzonego prezentu dla zespołu
nie udało nam się uzyskać (ale nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa!!),
więc do Krakowa ruszyłam jedynie ze sporym pudełkiem czekoladowych ciastek
domowej roboty i życzeniami ręcznie pisanymi od naszego FC. Od Poznania dzielnie
towarzyszyła mi Lyllyth, a po krótkim noclegu u Falco we Wrocławiu, która
niestety nam nie mogła towarzyszyć ze złamanym łokciem, w pociągu
zabarykadowaliśmy się już w czwórkę: ja czyli nes, Lyllyth, Lynn i DarkMage.
Podróż minęła nam bardzo szybko na wspólnych rozmowach, śmianiu się i wkrótce
wyładowaliśmy się na krakowskim dworcu kolejowym. Po szybkich acz niezbędnych
zakupach – baterie i karta do aparatu – doszliśmy do wniosku, że wypadałoby coś
zjeść… Zdążyliśmy już pochłonąć nasze jedzenie, gdy dotarła do nas reszta
poznańskiej ekipy: Ani, Nav, chida i Rosomak. Przywitaliśmy się, nowo przybyli
podpisali życzenia, po czym wybyli odstawić rzeczy na nocleg. Pozostawiliśmy
Lyllyth, która musiała coś jeszcze załatwić, po czym powoli ruszyliśmy szukać
autobusu 152, który miał nas zawieźć na miejsce koncertu. Krótko zawadziliśmy o
bankomat i punkt informacji miejskiej, by się upewnić, czy dobrym chcemy
jechać, kupiliśmy bilety i praktycznie od razu podjechał nasz autobus.
Pod klub zlądowaliśmy wybitnie
wcześnie, bo już o 15:40. Nikogo jeszcze nie było, za to zostaliśmy nagrodzeni
w oknie nad wejściem widokiem Fabiowych pleców i grzywy. W otwartym oknie za to
pojawił się zaciekawiony Tom Hess (jego mina mówiła: „Kto tu się tak wcześnie
pojawił?”), który nam pokiwał. Uspokojeni tym, że jednak dobrze dotarliśmy (
o tym, że nasi ulubieńcy tu grają nie informował żaden plakat), wróciliśmy na
przystanek, z którego odebraliśmy dalszą część ekipy: PowerInsane, theMichaś
oraz Lyllyth . Wróciliśmy pod klub, a kilka minut po 17-tej wyszła po nas
Chiara i… weszliśmy!! Tego, że wszyscy byli piekielnie zdenerwowani oczywiście
mówić nie muszę J
od przemiłej tour managerki dostaliśmy specjalne opaski i naklejki na
ubrania oraz coś jeszcze. Tu nastąpiła
pierwsza miła niespodzianka: dostaliśmy koszulki z trasy, każde w sowim
rozmiarze. Dziewczyny dostały oczywiście girlie – wyłamała się jedynie
PowerInsane, która poprosiła o normalną koszulkę. Następnie pojawił się mały
zgrzyt – jeden z ochroniarzy wyrzucił nas z soundchecku, mówiąc, że on nic o
żadnych specjalnych biletach nie wie. Sprawa jedna szybciutko została
załatwiona przez zdziwioną Chiarę („Why you’re not going in?”) i mogliśmy
obserwować naszych ulubieńców podczas próby.
A się działo! Tom polował na
zadek technika od gitar za pomocą gryfu swojej gitary – oczywiście trafił!
Technik odpłacił im pięknym za nadobne i owinął kabel wokół szyi Roberto, który
zaraz wysunął język i udawał wisielca. Alex H. natomiast w pewnym momencie
zaczął grać jakąś melodyjkę, która od razu skojarzyła nam się weseliskiem na
wsi, a zaraz potem coś zaśpiewał. Co – nie wiemy, za to Alex S. jak go
usłyszał, to zwijał się ze śmiechu. Panowie
po próbie zniknęli u siebie, po czym po trochy zaczęli wychodzić. Najpierw pojawili
się bracia Holzwarth, potem Roberto z Tomem, który mnie pamiętał (rozmawiałam z
nim parę razy na FB). A Fabia i Alexa S. nie ma! Więc oddelegowano Roberto, żeby – cytując Alexa
H. -„Kick their asses and hurry them up!” . Roby ostentacyjnie poprawił
rękawy i nogawki, wywołując chóralny wybuch śmiechu, a po chwili mieliśmy
ukochany zespół w komplecie. Drobniutki zgrzyt był, jako że panowie byli trochę
zmęczeni i niezbyt wiedzieli o co nas pytać – aczkolwiek się nie dziwię, bo to
był przedostatni koncert na europejskiej trasie. Z drugiej strony przypuszczam,
że się spodziewali milion pięćset sto dziewięćset pytań od nas, a nas totalnie
zatchnęło z wrażenia. Dostali od
PowerInsane piwa niepasteryzowane, co szczególnie ucieszyło Alexa H., który sam
siebie określił mianem „Beer Guy”, ode mnie wyżej wspomniane ciasteczka, które
ucieszyły Alexa Staropoli i odgórnie od całego FC życzenia. Alex S. zaczął
udawać, że się boi ciastek, bo na pewno trujące i w ten sposób zmusił mnie do
spróbowania (jak bym już tego wcześniej nie zrobiła), po czym pochłonął dwa i się
zaczął zastanawiać czy to są biscotti
(No, biscotti no – moja odpowiedź). Popatrzył na ciastka i na życzenia, po czym
stwierdził, że niech ktoś z chłopaków je na backstage’u schowa, bo im jeszcze
techniczni zeżrą. Udało mi się Fabia zapytać
o nasz zeszłoroczny prezent – nasz junikorn jest u niego! Jak się Fabio śmiał,
robi mu czasem za przytulankę, tylko że jak się go mocniej ściśnie to mu rży w
nocy! Potem nastąpiła sesja zdjęciowa razem i osobno oraz wielkie podpisywanie
podsuniętych przez nas płyt, zdjęć i plakatów. Niestety nie udało mi się dopaść
z autografami Fabia, bo chłopaki szybko się musieli zwinąć na obiad. Potem dopiero
ich na koncercie zobaczyliśmy.
Ale zanim zaczęli kraść nam
serca i dusze podczas swojego show, musiały wystąpić suporty.
Na pierwszy ogień zostali
rzuceni chłopaki z Ibridomy, którzy na YT i MySpace’ie brzmieli słabiutko, a na
koncercie dosłownie spowodowali u nas opad szczęki! Wokalista – Christian –
skakał cały występ jakby miał w stopach sprężynki, i mimo ocierania się o
granice przesady, tejże granicy nie przekroczył. Zagrali tak dobrze, że podjęłam
decyzję, iż po koncercie kupię ich album, jeśli będą mieli.
Później zagrał Elvenking. Wiele
osób szło na koncert głównie dla nich. Mnie ich muzyka nie rusza w ogóle, ale
muszę przyznać, że dali czadu. Pojawiły się ściana i pogo, a także pierwsi
surferzy. Jeden z nich prawie uszkodził mi pożyczoną od Falco lustrzankę, za co
oberwał ode mnie po pysku.
Po nich atmosfera jeszcze
bardziej zrobiła się gorąca! Sprawnie i szybciutko zdemontowano perkusję i
niepotrzebne elementy sceny i…
Weszli!! Tu wybaczcie – nie będzie
po kolei! Emocje nadal są zbyt świeże, żebym mogła tak spokojnie opisywać, więc
postaram się opisać co i jak, aczkolwiek atmosfery wam nie oddam.
Mieliśmy bardzo bogatego seta –
bogatszego od np. Hiszpanii, bo aż 19 utworów, wliczając intro i outro! Zaczęli
ostro, bo od Ad Infinitum i głaciutko przeszli do From Chaos to Eternity! Chaos
to się dopiero zaczął! Pogo, ściana, surferzy, nasze wrzaski i darcie się,
które w zamierzeniu miały być śpiewem! Fotografowie z akredytacjami niepewnie
się na nas oglądali, czy ktoś im w plecy nie przykopie. Panowie z zespołu na widok
wykierowanego w nich obiektywu zamierali na chwilę w jednej pozycji i czekali
aż opuścimy aparaty – co ciekawe, nie robili tego dla tych, co z akredytacjami
biegali po fosie. W ten sposób udało mi się upolować Alexa S. za klawiszami czy
Toma szalejącego na gitarze. Roby natomiast wywalił język w stronę
fotografującej go Lyllyth. Fabio coraz
lepiej radzi sobie z rozmowami z publiką: zapamiętał, że rok temu wszystko
wyśpiewaliśmy pod jego dyktando, więc tym razem zaserwował nam trudniejsze
partie. Ale daliśmy radę! Poopowiadał króciutko o tym, jak nagrywali „Magic of the
Wizard’s Dream” z sir Lee i jak to miał drobny problem z ilością wersji. Próbował
powiedzieć „dziękuję” po polsku, ale mu to nie wychodziło i stwierdził: ”Oh God,
I sound like gay! But, you know I’m not gay!”, co wywołało chóralny wybuch
śmiechu i oklasków wśród publiki. Albo jego stwierdzenie po tym, jak dwukrotnie
podałam prawidłowy tytuł następnego utworu: „This girl knowi everything!”. Koleżance
się zemdlało, ale dzięki szybkiej reakcji współfanów obok niej, została szybko
przetransportowana na boczek i ocucona. Niestety, generalna zasadza jest taka,
że im lepiej się czas spędza, tym szybciej tenże płynie – tu tez zadziałała. Ani
się obejrzeliśmy, a już chłopaki nam się ukłonili i… to był koniec koncertu!
Ale nie koniec zabawy!
Na merchu pojawili się Alex
S., Tom I Roberto, by pogadac z fanami, porozdawać autografy i popozować do
zdjęcia. Ja ich pozostawiłam innym, natomiast sama polowałam na Chairę, która
na moją prośbę przyniosła mi set listę ze sceny. Później przywitałam się Veronicą,
która z nieśmiałym uśmiechem wyglądała zza Chiary.
Na stoiskach z Mercem udało mi
się dopaść jeszcze płytkę Ibridomy i cały zespół. Christian nie dał mi jeszcze
nabrać powietrza, a już usłyszałam podziękowania za wspaniałą zabawę. Oczywiście
zgarnęłam od nich autografy na płytce (Marco musiał mi z opakowaniem pomóc, bo
nie mogłam znaleźć punktu zaczepienia, by płytkę odpakować xD). Porozmawiałam jeszcze
z dwójką fanów, którzy również mieli SF oraz z uOkO, który pozostał do końca koncertu
(Michał, naprawdę cię nie poznałam!”).
Potem już tylko szybko
odebrałam rzeczy z szatni i ewakuowałam się z PowerInsane i Lyllyth do
samochodu DragonLady. Trochę pojeździłyśmy po Krakowie szukając czynnego Maca,
aż w końcu dopadłyśmy na Floriańskiej. Ja z Lylly wysiadłyśmy, a dziewczyny
pojechały dalej. Zjadłyśmy, herbatkę wypiłyśmy, dotarli do nas później Lynn i
DarkMage. Ja jeszcze zdołałam sfocić Sukiennice i Kościół Mariacki nocą, po
czym mi już całkowicie baterie padły. Jako że w między czasie pozamykali
wszystko, udaliśmy się na dworzec, gdzie kupiliśmy bilety i czekaliśmy na
pociąg, który mieliśmy tuż przed piątą. Jak
nam go podstawili, to odstawiliśmy Lyllyth z jej wielgachną walizką na jej
peron, po czym wsiedliśmy do naszego. Tyle wytrzymaliśmy, żeby nam bilety skontrolowano,
po czym zgodnie zrobiliśmy kompresję naszych ciał i poszliśmy spać (mieliśmy szyno
bus – wiecie jak ciężko się ułożyć na dwóch siedzeniach??)
No i nadszedł czas podziękowań
(postaram się chronologicznie):
- mojemu kumplowi za udostępnienie piekarnika do
wypieczenia ciastek dla zespołu
- współtowarzyszom w podróży:
Lyllyth, Lynn i DarMage’owi za wspaniałe towarzystwo i cierpliwe wysłuchiwanie
mojej gadaniny;
- pozostałym fanom z biletami
SuperFan: byliście świetni!
- Chiarze za sprawne
załatwienie wszystkiego. No i za podanie mi setlisty!
- Veronice za ciepliwe witanie
się ;)
- technicznym za świetną
organizację i pilnowanie, by wszystko było perfekcyjnie
- zespołowi Rhapsody of Fire:
za wszystko! Za cierpliwe wyciąganie z nas jakichkolwiek słów, za wygłupy na
scenie i żarty na spotkaniu. Oraz za cierpliwe podpisywanie wszystkiego cośmy
im podetknęli! Czekamy na was z niecierpliwością!
- suportom za rozgrzanie nas
- innym fanom za wspólne
bawienie się
- Ibridomie za autografy i
podziękowania! Chłopaki naprawdę świetni byliście!
- DragonLady za podwiezienie
nas po koncercie do centrum
- last but not least - Falco i jej bratu Patrykowi za
przenocowanie w obie strony, gorący prysznic po koncercie oraz bieganie ze mną
po mieście! Jesteście kochani!! :*
Zupełnie oddzielnie chciałam
serdecznie podziękować polskiemu fanklubowi Rhapsody of Fire za pojawienie się,
stworzenie i podtrzymanie wspaniałej atmosfery! Oraz za to, że jesteście!!
Na sam koniec, dla co bardziej niecierpliwych:
Super notka! Kochamy Rhapsody Of Fire, bo są najwspanialsi na świecie !!! Uraz co do pazerności zelżał mi trochę, bo wyszło na to że zespołowi naprawdę zalezy na fanach :) Jak tam koszulinka się sprawdza z junikornem?
OdpowiedzUsuńKoszulka nie jest z junikornem ;) Inna była trasowa :) Ja strasznie żałowałam, że koszulki Black Dragon mieli tylko XXL - z NB zamawiać będę musiała...
OdpowiedzUsuńŁee a ja mam z junkornem-pięknym z resztą :D Fajnie, że Tom Cię kojarzył z FB :) To naprawdę jest coś! Takie spotkanie z zespołem z pewnością pozostanie na zawsze w pamięci ;)
OdpowiedzUsuń