Minęły ponad dwa tygodnie od koncertu, a sprawozdanie leży w zeszycie. Należałoby coś z tym przedsięwziąć prawda... ;))
Impreza zaczęła się ciekawie. A nawet bardzo ciekawie. Karma od samego początku miała humory jak mysz w ciąży i na przemian serwowała nam marchewkę i kopniaki. Za to finalny kopniak pokonał wszystko! Ale o tym później...
Na "dzień dobry" zwiał mi autobus, którym miałam ruszać na dworzec. A dokładniej, to nie zwiał, tylko wypadł. Dla odmiany po tym pechowym zdarzeniu los podarował mi i Rosomakowi puściutki przedział w wagonie pierwszej klasy. I mimo, że mieliśmy bilety na drugą klasę (bo aż takie burżuje co pierwszą jeżdżą to nie jesteśmy), to mogliśmy tam zostać - pierwsza klasa jechała jako druga! ^^ Zaraz potem Rosomak dostawał białej gorączki, bo miał całą drogę pracować, a sygnał internetowy zachowywał się jak Józek z piosenki Bajmu - pojawiał się i znikał.
We Wrocławiu odebrała nas Falco, a zaraz potem dołączyła do nas Lynn i wspólnie ruszyliśmy do mieszkania tej pierwszej. U Falco tak dobrze nam się siedziało, że się spóźniliśmy na nocny i trzeba było wołać taksówkę. Na dworcu PKSu zaokrętowaliśmy się do PolskiegoBusa. Pech znowu dał o sobie znać, bo nie dało rady siedzieć koło siebie. Ryslav z Wojtimenem dali radę zająć nam tylko dwa miejsca, które szybko z Falco zajęłyśmy. Rosomak z Lynn musieli szukać gdzie indziej. Gwoli wyjaśnienia: PB są wygodne, ale nie jeśli chce się spać. Mi z Falco udało się poukładać jedna na drugiej(ja z głową na jej kolanach, a ona na mnie) ale i tak totalnie niewyspane zajechałyśmy.
Na krótkim postoju technicznym w Kudowie Zdrój udało się zrobić zadziwiająco dużo: Falco kupiła picie, ja z Lynn i Rosomakiem wymieniliśmy pieniądze, po czym poleciałyśmy we trzy do toalety i zrobiłyśmy akcję " Kooooteeeeek! Pogłaskam!". Pani w toalecie przygarnęła malutką koteczkę i wszyscy rzucili się do miziania i drapania stworzonka, które wdzięcznie się nadstawiało, a później zaczęło bawić rozwiązanymi sznurowadłami Falco (oraz drzwiami automatycznymi).
Praga przywitała nas zimnym deszczem oraz wiatrem. Pod hostel dotarliśmy po 7-mej, ale wygonili nas bo nowych gości wpuszczają od 12-tej. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy. Udało nam się znaleźć otwarty bar śniadaniowy, gdzie przesiedzieliśmy do 9-tej, ale potem trzeba było się ruszyć zwiedzać.
Do 12 powłóczyliśmy się po Starówce, obejrzeliśmy figurki pojawiające się pod zegarem słonecznym o pełnych godzinach, jeden z kościołów, wpadliśmy na Most Karola i odnaleźliśmy miejsce koncertu.
Po tym wszystkim Wojtimen z Ryslavem poszli coś zjeść, a my - totalnie zziębnięci, zmęczeni i przemoczeni polecieliśmy się zameldować. Udało się bezproblemowo. Szybkie rozeznanie sytuacji i z Falco wkrótce prysznicowałyśmy się radośnie , zużywając resztę ciepłej wody jaka została bojlerze. Jeszcze tylko zaplotłam sobie włosy, nastawiłam budzik i walnęliśmy się spać.
Wstaliśmy o 16-tej i zaczęliśmy się zbierać. Na miejsce koncertu dotarliśmy przed 18-tą i mieliśmy świetne miejsca, które jednak nic nie dały, bo Ryslav z kumplem, którzy mieli bilety przyszli na ostatnią minutę. Tyle, że wpuszczać zaczęli wcześniej, więc musiałyśmy innych przepuszczać. Pus był taki, że wpuścili nas z aparatami, a my od razu pognaliśmy pod scenę, ignorując bar, merch itp.
W między czasie Vexillum zaczęli grać i dotarłyśmy bodajże na drugą lub trzecią piosenkę. I ponownie jak w Katowicach ragazzi italiani nie zawiedli i dali świetne show! Dario rozpoznał naszego Dargora, którym radośnie wywijałam w przerwach między foceniem. Jednakże muszę powiedzieć, że byli chłopcy bardzo poszkodowani, bo zagrali bodajże 5 piosenek - "The Wanderer's Note", "Dethrone the Tyrant", "Avalon", "Megiddo" and "The Marketsquare of Dooly".
Po włoskiej energii nastał czas na niemiecki kopniak - na scenę weszli panowie z Orden Ogana przy dźwiękach "The Frozen Few" z ich najnowszego albumu "To the End" i od razu ruszyli z galopadą z "To the New Shores of Sadness", żeby zaraz potem przejść do hymnowego "We are Pirates!", które publiczność chętnie odśpiewała razem z nimi. Następnie nastał czas na moje ukochane "Things We Believe In". Panowie wykonali również utwór bonusowy "Masks" i tym samym zwolnili tempo, by za chwilę przyspieszyć z tytułowym utworem "To the End. Swój występ zakończyli utworem "Angels' War", do którego kręcą obecnie teledysk. Seeb zachęcał nas, żeby sfilmować ich wykonanie tegoż utworu i wrzucenie go do sieci, z czego skorzystałam (aczkolwiek dźwięk wypał fatalnie na nagraniu...). Jedną rzecz muszę podkreślić: Seeb szalał i śpiewał z chorym gardłem, a mimo to show było po prostu świetne!
Niemcy jak to Niemcy łatwo nie odpuszczają i na scenę ponownie weszli nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy - tym razem byli to Freedom Call. Zespół, którego wcześniej nie znałam i który od pierwszego utworu mnie totalnie zachwycił! Dawno nie widziałam takiej energii na scenie! Aż mi było chwilami głupio, że zamiast skakać ze wszystkimi tylko robiłam zdjęcia... Panowie rozpoczęli show swoim utworem rozpoznawczym czyli "Freedom Call". Potem przeszli do "The Eyes of the World" i kopnęli nas energicznym "Rockstars". Następnie nastąpiło "Tears of Babylon", po czym wspólnie zabrali nas na wyprawę przy dźwiękach "The Quest". Chris wyjaśnił nam gdzie można znaleźć Moc, a gdzie Chwałę, a gdzie obie rzeczy naraz i rozpoczęli Happy Metal Party wraz z publicznością śpiewając "Power & Glory". Po imprezie szybko wyszukali Wojowników i zaśpiewali im "Warriors". Całość ich występu zakończył utwór "Land of Light".
Teraz nastąpiła dłuższa przerwa przed wejściem gwiazdy wieczoru - LTR. Niestety technika pokazała obsłudze wielkiego faka i odmówiła w większości działania, więc nie było wyświetleń tego, co Luca dla nas zaplanował...
Ale...
Zgasło światło, rzutnik łaskawie tym razem zadziałał, rozbrzmiały dźwięki "Quantum X", Luca wpadł z hukiem na scenę, po nim reszta zespołu. Pojawił się wreszcie sam Alessandro Conti i rozpoczęło się wspólne śpiewanie i ekstaza tłumu - pierwszym utworem było "Riding the Winds of Eternity".
Jeżeli ktoś martwił się o kondycję Luci i jego zespołu - uspokajam! Wszyscy są w najwyższej formie. Luca kilkukrotnie prawie wyleciał ze sceny w tłum, bo tak szalał - skakał po całej scenie, aż mój aparat nie mógł go uchwycić! Alex wymiata na perkusji iście mistrzowsko. Co Patrice potrafi to wiecie - a gra jeszcze lepiej niż w Katowicach! Ale jest jeszcze troszkę małomówny jeśli chodzi o interakcję z publiką, ale się go ośmieli, nie ma co bać żaby ;)
Po porywistym wietrze zabrzmiał ostatni singiel z "Ascending to Infinity", czyli "Clash of the Titans" - na żywo brzmi o wiele lepiej, niż na albumie. Następnie na scenie Sassy dołączyła do Alessandra i wspólnie odśpiewali "Tormento e Passione". Mamuńciu, jak ona śpiewa! Niemal się ze wzruszenia popłakałam...
Po porywistym wietrze zabrzmiał ostatni singiel z "Ascending to Infinity", czyli "Clash of the Titans" - na żywo brzmi o wiele lepiej, niż na albumie. Następnie na scenie Sassy dołączyła do Alessandra i wspólnie odśpiewali "Tormento e Passione". Mamuńciu, jak ona śpiewa! Niemal się ze wzruszenia popłakałam...
Potem rozbrzmiało intro "Rage" i Sassy odśpiewała "Demonheart" z solowego albumu Luci pt. "Prophet of the Las Eclipse". Rzutnik znowu strzelił focha i nie chciał wyświetlić animacji do "The Village of Dwarves", ale na szczęście ekipa go przekonała i rozbrzmiała moja ukochana piosenka!
Nastał czas, by nasze tyłki skopał swą grą sam Alex Landenburg. I udało mu się to w 100%! Jak dla mnie gra dużo lepiej od Alexa Holzwartha.
Zespół postanowił dać nam odetchnąć i zwolnili tempo wykonując piękne "Forest of Unicorns", które głaciutko przeszło w "The Warrior's Pride". I znów nie obyło się bez pomocy Sassy. Ale doszedł do wniosku, że trzeba nas zaktywizować bardziej (o dziwo się dało) i wrobił nas w odśpiewywanie wspólne "The Ancient Forest of Elves" (znów solowy album Luci - "King of the Nordic Twilight"). Pfff, jak gdyby była potrzebna nam zachęta do śpiewania! Wszyscy bardziej niż chętnie zdzierali sobie gardła wyjąc refren i zwrotki.
Patrice, który cały czas usiłował skakać jak Luca i jednocześnie dobrze grać, przypomniał nam o sobie mistrzowsko grając swoje solo czyli początek "Of Michael's the Archangel and Lucifer's Fall", które następnie cały zespół nam wykonał.
Ponieważ tłum znowu się rozszalał, to należało zwolnić tempo. Zostaliśmy uraczeni przepięknym wykonaniem "Son of Paina", żeby za chwilę z gromkim "GLORIA PERPETUA!" wspólnie odśpiewać "Dawn of Victory" Chwilami zagłuszaliśmy nawet wokalistę!
Panowie zaczęli się powoli zbierać do uciekania, ale im nie pozwoliliśmy i wspólnie odśpiewaliśmy "Dark Fate of Atlantis", "Emerald Sword" oraz "Warrior of Ice' poprzedzone "Ira Tenax", po którym zespół się ukłonił, uściskał dłonie i zniknął na backtsage'u.
Ajajaj! Zapomniałam o jeszcze jednej, bardzo ważnej osobie! Nadii Bellir, która dwukrotnie nas uwodziła ze sceny swym tańcem - najpierw jako zwiewny nocny motyl, a następnie jako tajemnicza, zamaskowana piękność. Nadia, byłaś cudowna!!
Przy tym żegnaniu się ze sceny spotkała mnie ogromna niespodzianka. Nadia podbiegła i podała mi setlistę wraz z kostką, którą grał Luca!
Po koncercie zaczęłam się martwić, co z ciasteczkami, które musiały zostać w szatni. Wojtimen i Ryslav stwierdzili, że oni już idą i podali mi je, a ja ruszyłam na łowy!. Jako pierwsi, swoją porcję dostali chłopaki z Vexillum, co strasznie ich ucieszyło! Pogadaliśmy chwilę, porobilismy sobie foty (Dario nie chciał się z Dargorem rozstawać!), po czym ruszyłam dalej.
Jako drudzy dostali chłopaki z Freedom Calla. W ich imieniu odebrał je ich perkusista - Ramy, który sam podszedł mi dziękować za focenie (a którego pomyliłam z innym zespołem - w życiu mi tak głupio nie było! Na szczęście się nie obraził:))
Potem udało mi się wręczyć ciastka Seebowi z Orden Ogana oraz machnąć z całym zespołem fotę. Ucieszyli się widząc zawiązany ich szalik na moim nadgarstku. Pożartowaliśmy chwilę i poleciałam szukać Patrice'a. Chciałam jemu wręczyć ciacha, jako że on najbardziej dobierał się do tych, które Narrin wręczyła przez Kufira w Katowicach. Więc ciastka dostał Ale, który na początku wydawał się lekko onieśmielony ale chętnie pozował do zdjęć i rozmawiał. Następnie dopadłam Sassy, która okazała się wspaniałą, otwartą osobą, która chętnie z każdym witała się, rozmawiała i fotografowała.
A potem Nadia wyszła, która natychmiast przybiegła się z nami przywitać, poplotkować. Ośmieliła Falco i Lynn ("No need to be shy!"), które bały się odezwać, porozmawiałyśmy, porobiłyśmy sobie zdjęcia, ponarzekałyśmy na technikę, po czym Nadia zniknęła na backstage'u w poszukiwaniu Luci.
W międzyczasie dopadłam Patrice'a który udawał, że się gneiwa, że to on nie dostał ciastek, ale obietnica ekstra porcji na następnym koncercie udobruchała go :)
A potem stała się rzecz niewiarygodna! Luca wyszedł!! I poleciał się ze mną i resztą prędko witać! Powtórzy wcześniejszą prośbę Nadii o przepis na ciastka, popytał jak nam się podobał. Zebrał się tłum, więc oddałyśmy im Lucę, a sami poczekaliśmy aż się rozejdą, po czym wymęczyłyśmy go o autografy. Luca wszystko chętnie podpisywał, zagadując nas o albumy które przywiozłyśmy, pokazując nam, które zdjęcia z sesji mu się podobały. Korzystając z okazji przykazałam Luce, że jeśli będą mieli jakieś kłopoty, będą mieli jakieś pytania czy jakakolwiek pomoc będzie potrzebna to ma w ciemno do nas dzwonić i pisać, a my mu pomożemy na tyle, na ile damy radę!
Dopadłam jeszcze autografy Ordenów, porozmawialiśmy chwilę z Sassy, która sama na pogaduchy do nas przyszła, po czym poszliśmy się żegnać. Była to już prawie druga doba bez snu, a trzeba było się jeszcze dostać do hostelu, bo rano powrót do Polski. Luca serdecznie nas wyściskał i poszliśmy.
Taa... Dostać się do hostelu... Łatwo powiedzieć! Po prawie godzinie błądzenia, mojego warczenia (uszkodzony kręgosłup, zmęczenie oraz zaczynające się przeziębienie zmieniło mnie we wkurwione zombie na odwyku) dotarliśmy i natychmiast w ciuchach poszliśmy spać.
No i nastąpił punkt kulminacyjny złośliwości losu, który spiął się i wysilił.
Skutecznie.
Rano obudził nas nie budzik, a spanikowany głos Lynn: "Ej, za 8 minut mamy autobus!!"
Panika! Za cholerę nie zdążymy!
I ofc nie zdążyliśmy. Dzięki darmowemu WiFi i mojemu smartfonowi (bo Rosomakowy lapek nie chciał za bardzo łączyć) wyszukałam pociągi, Rosomak zrobił hokus-pokus na kontach i kupił nam bilety.
Wymeldowaliśmy się, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzać: Most Karola,
Zamek Praski. Na zamku trafiliśmy na zmianę warty.
Wróciliśmy metrem (<3)
na dworzec, Falco z Rosomakiem polecieli szukać smazeni syr (nie znaleźli) a my z Lynn odpoczywałyśmy. Kupiliśmy na szybko coś w Burger Kingu, wzięliśmy rzeczy i wsiedliśmy do pociągu. Wysiedliśmy w Pardubicach, poczekaliśmy godzinę i wsiedliśmy w polską osobówkę. Lynn wysiadła w Kłodzku, my we Wrocławiu. Poleciałam kupić bilet na pospieszny do Poznania - miałam 13 min i zdążyłam!
Do domu dotarłam o 3 w nocy, a na 9 szłam do pracy na 12h. Dałam radę...
A w skrócie? JA CHCĘ JESZCZE LTR, VEXILLUM, ORDEN OGANA I FREEDOM CALL!!















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz