sobota, 10 marca 2012

Bordello bum-bum! - czyli akcje w Bożej Krówce

   W sumie, do napisania posta o numerach w moim miejscu pracy zbieram się od dawna. Akcje będą nie tylko klientów, innych kasjerów, ale i szefostwa (tej góry na samej górze). Coby zbędnie nie przedłużać jedziemy!
   Z rzeczy co ciekawszych:

  • Na pierwszej alei musimy z KAŻDYM klientem nawiązać kontakt wzrokowy i powiedzieć "dzień dobry". Ok, jeszcze miałoby sens, gdyby nie kilka faktów: po pierwsze, i tak większości się kłaniamy (niezależnie od miejsca na markecie), a po drugie - ilość klientów. Polecenie jest wykonalne rano i tuż przed zamknięciem, kiedy kilka sztuk homo sapiens klientus snuje się po sklepie. Ale już po godzinie 10-tej, gdzie na pierwszej alei znajduje się ponad 15 osób...? Może miałoby to sens, gdyby nasz sklep był duży i te aleje długie, ale tu? Najlepiej to chyba będzie jak po wejściu na ową aleję ryknę "dzień dobry" raz, bo inaczej to nie nadążę...
  • Nie wolno nam żadnego produktu odłożyć na magazyn - KLIENT JEST NAJWAŻNIEJSZY! Czyli: nie szkodzi, że np. w niedzielę mam 12- godzinną zmianę, a chleba jest za mało. Nie mogę odłożyć, bo od dyra (jak wpadnie na sklep) dostanę ochrzan gigant ( i dobrze będzie, jak się na tym skończy) - i nie ma tłumaczenia, że nie będę miała co jeść.
  • Trzy osoby przy kasie to kolejka. Zwykle dzwonimy przy 8 osobach, bo wówczas dopiero kasjerka nie nadąża. Efekt? Dwonek, kasjer(ka) leci, po czym wraca, bo już są obsłużeni. Ale dzwonek musi być, bo jak Tajemniczy Klient wejdzie to nam da po punktach.
  • Tajemniczy Klient. Jedna wielka ściema. Sklep pięknie utrzymywany przez cały miesiąc, kajerzy chodzą jak żylety. Wyniki? 50%. Bo nie spojrzał na klienta. Bo nie doprowadził do półki z towarem. - tu trafił na mnie. I nie szkodzi, że stał naprzeciwko tegoż towaru. Nawet nie było okoliczności łagodzącej, że przytrzymywałam przewracającą się paletę... Nie, ja miałam puścić paletę (połowa to był alkohol), zrobić krok i mu palcem pokazać -.- Upitolili nas, bo straty były małe i inwentura ładnie - czyli premia musiałaby być. A jak, i inwentura katastrofalna, i straty ogromne, to nagle TK 100%
  • Palety z towarem. Chryste panie, czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że rzeczy twarde i stabilne kładzie się na wierzchu, a drobne i delikatne an górze, A NIE ODWROTNIE?! Efekt? Koleżanka z kolegą zbierali z ulicy dwie palety nabiału. Przewróciły się SAME! Przedwczoraj pół palety z sokami się rozsypało na górze - szybem windy ciekło na dół. Wczoraj - zbierałam z kierownikiem kolejną paletę nabiału. Szczęśliwie tym razem nie było strat. Bo centrala na takie skargi reagować nie raczy. Jak zgłosiliśmy ponad 160 opakowań truskawek - przyjechały spleśniałe i nadgniłe, to usłyszeliśmy, że źle przechowywaliśmy. Jasne, przez 1h wszystko zgnić może... Po awanturze uznali 15 opakowań z dnia następnego, ale tych 160 nie - "bo za późno zgłoszone"
  • Nietrzeźwi. Ulala, ich można by opisywać w nieskończoność. A co do sprzedaży im alkoholi i piwa: wiadomo, że się nie sprzedaje. Ale! Kto jest nietrzeźwy ma decydować kasjerka i/lub ochrona. W praktyce wygląda to tak: dla mnie osobą pod wpływem alkoholu jest osoba cała malinowa na twarzy. I takiej osobie nie sprzedawałam. Do momentu, aż jeden z nich grozić mi zaczął publicznie tygodniowym biciem i tygodniowym gwałtem. Ochroniarz stał za mną. Zareagował, jak agresor powoli zaczął się szykować do rękoczynów. Czyja wina? Oczywiście moja, bo wcześniej lekko zaróżowionemu (równomiernie) sprzedałam piwo -.- No to zaczęłam sprzedawać mailowym na pysku (no chyba, że się zataczał, śmierdział alkoholem czy też miał problemy z normalną mową). I co? Notatka służbowa, że sprzedałam alkohol nietrzeźwemu. No to wróciłam do punktu wyjścia... I co? Też źle! Bo "bądźmy ludźmi - jak się nie zatacza, to sprzedawaj". No comments.
  • Jak klient coś strzaśnie, to nie można go zmusić do zapłaty za szkodę. Ba! Co więcej, nie wolno nam wpędzać w poczucie winy.
  • Jak część z was wie (ot, choćby Falco) nasz sklep jest w piwnicy. Pod Sfinksem. Efekt? Śfinks ma nieszczelną instalację wodociągowo-kanalizacyjną. Większość naprawili, ale koło schowka z dokumentami NADAL cieknie. Obie firmy uprawiają spychologię stosowaną. Kilka miesięcy temu kierownik Sfinksa (niezłe ciacho swoją drogą :P) przyszedł ze swoimi robotnikami - robole usiłowali nam wmówić, że kanaliza płynie pod górę i że to nasze ścieki kapią nam z sufitu. Co więcej usłyszeliśmy, że "to będzie ciekło, bo jak oni przeczyszczą rusy z tłuszczu, to zawsze leci na łączeniach rur" - innymi słowy, uszczelek albo nie ma albo są wypaczone. A normalnie nie cieknie, bo tłuszcz w rurach zapychał szpary. Zezwałam ich od partaczy, a panu tłumaczącemu nam nowe prawa grawitacji palnęłam, że on nawet na ucznia hydraulika nie nadaje się.  
  • Wydało się, co tak cuchnęło w okolicy kasy pierwszej i alkoholu. Pod paletą z papierem leżał rozkładający się szczur. Inny biegł przez pierwszą aleję pod lodówki.-.- Tu jedyne nadmienię, że zaniedbań ze strony sklepu nie ma - mamy stacje deratyzacyjne i wszystko, ale draństwo przełazi korytarzami pod wieżowcem oraz od Sfinksa (syf na zapleczu, gdzie gotują mają niesamowity!).
A klienci? Oj...

  • Zaczynam kasować klienta, "dzień dobry" i jadę. O siatkę pytać już nie musimy - klient sam musi się upomnieć. I upomina. Po zakończeniu paragonu i jak zacznę kasować kolejnego klienta. -.- A że siatki płatne, to musi czekać, aż skończę, bo paragonu zawiesić nie mogę.
  • Nie wiedziałam zresztą, że odpowiedzią na "dzień dobry" jest "siatkę proszę!"
  • Siatek ciąg dalszy: "siatki proszę" "Ile? Dwie czy więcej?" (oburzonym tonem) "Jedną!" -.- To po kiego grzyba używasz cholero liczby mnogiej?!
  • Nienawidzę, gdy obsługuje faceta, a ten sterczy przede mną, łapska trzyma w kieszeni i przestępuje z nogi na nogę. Zawsze mam wówczas ochotę spytać, czy te hemoroidy naprawdę mu tak dokuczają...
  • Albo tzw. siateczkowcy. Może widzieliście: KAŻDY produkt w oddzielnej foliówce do warzyw. I marudzi (u nas już nie, bośmy ich wychowali "inaczej nie skasuję!"), żeby "nie wyciągać, bo podwójna robota" -.- Jeszcze zrozumiem, jak np. jakaś rzecz sypka w siateczce, bo np. uszkodzona. Albo proszek, żeby do żywności nie dotykał. Ale batoniki osobno, makaron osobno...?
  • O, i kolejna rzecz doprowadzająca mnie do szału - niespełnieni kasjerzy (określenie moje:)). Wyłożą cały towar na kasę. Zaczynasz ich kasować, a oni: zaczynają ci podbierać spod ręki wszystko i przekładać. Margarynę weźmie, podłoży masło. Te batoniki najpierw, a tamte potem. CHRYSTEEE, co za różnica?! Jeszcze sens by miało, jakby podawali najpierw ciężkie rzeczy, typu napoje, cukier, bo "na spód muszą iść", ale żeby praktycznie wyrywać mi z ręki??
  • Dominującą cechą klientów jest zasada "gdzie się wysra tam zostawi". I potem znajdujemy: bułki w proszku do prania, mięso na sokach, czekolady na kocim żarciu. Albo zostawią na kasie, bo "ja tego nie piłam, więc jednak nie wezmę" - to po cholerę bierzesz?? Po całym dniu takich cudów mamy trzy duże kosze do roznoszenia.
  • Wylało się coś na sklepie, bądź jest myte. Gdzie pójdą? Oczywiście po mokrym! Zwyczajowy wyjątek - jak coś jest rozlane przy kasie, wówczas grzecznie starają się ominąć.
  • Coś im się rozbiło. Sprzątać nie muszą, my to zrobimy, ale zazwyczaj to jeszcze kopną pod półkę, że to nie oni. I w takim przypadku mam wielki szacunek do pojedynczych osób: "pani ten majonez skasuje, bo mi się zbiło". Normalnie szok! 
  • Studenci! Wielki Borze Szumiący! Wchodzą grupą, robią jazgot na cały sklep, blokują kolejkę (bo stoją wszyscy mimo, że jedna osoba kupuje), po czym płacą np. 100zł za bułkę 0,29zł -.- "Nie mam drobnych!". Albo za przeszło 200zł kupują alkoholu.Po czym dwa dni później te same osoby narzekają, że kasy na jedzenie nie mają. Było tyle chlać?? Ew. szpan na kasę - pannica z tipsami dłuższymi od palców (jak ona tyłek podciera??), ciuchy markowe, torebka i portfel Louis Vuitton, makijaż, solarium. Płaci jak wyżej 100zł za bułkę i jabłko. Sęk w tym, że całość psuje żucie gumy. Z otwartą paszczą. Tak, że migdałki widać. -.-
  • Erasmusowcy. Tu zależy. Miałam Japonkę, która po trzech tygodniach normalnie komunikowała się ze mną po polsku. Nie było idealnie, ale sam fakt szacunek u mnie wzbudził. Jak miała problem, to przechodziłam na angielski. Ogólnie osoby z Chin, Japonii i krajów im podobnych cechują się dużą kulturą osobistą i raz zaradnością - nie zrozumie ceny, to popatrzy na wyświetlacz. Natomiast Hiszpania i Portugalia... Wrrr, jak ja już ich słyszę, to mi się coś przewraca. Przez PÓŁ ROKU nauczyli się JEDNEGO SŁOWA: "torba". A potem usiłowali po angielsku. Skończyło się chodzenie do mnie, jak robiłam za tłumacza, gdy ochroniarz capnął jednego na kradzieży. Koleś kombinować usiłował, więc policja wezwana została. Koniec końców delikwent jechał na komendę. A ja wyszłam z pracy we wspaniałym humorze. Nie jestem osobą zawistną, poza tym przypadkiem - jak do nich się jedzie, to oczekują, że po ichniemu gadać będziemy. Ok, logiczne. Ale jak oni przyjeżdżają gdziekolwiek, to nie starają się nic nauczyć z języka danego kraju. Osobiście, to chyba bym się ze wstydu spaliła nie znając podstawowych słówek ("dziękuję, "proszę", "przepraszam, ale niestey nie znamtego języka"
  • Obcokrajowcy. To samo, co erasmusowcy, jeśli chodzi o języki.Wyjątki: Węgrzy, Rosjanie oraz Japonia i Chiny. Oni starają się porozumieć po polsku. Na zasadzie "Kali mieć krowa", ale zawsze. Ot, przykład: w Poznaniu mieliśmy dni przyjaźni polsko-węgierskiej. Oficjele w wieku 55+. Między sobą po węgiersku, a do nas? Stoi trzech nad sokami i mnie zaczepiają: "Przieprasziam, nie banan?" I tu wskazuje na sok wieloowocowy. Odpowiedziałam z uśmiechem "Banan". "A dziękuję" i uśmiech. To samo przy kasie.  Albo jak jedna Niemka radziła sobie w mojej poprzedniej pracy. Jak? Miała słownik niemiecko-polski polsko-niemiecki. Zaczepiła polskim "przepraszam" i mi palcem po prostu pokazała czego szuka. Można? Można. Tylko trzeba chcieć. 
O ranyście, ale mi długalaśny post wyszedł... I jak wam się teraz widzi praca kasjera w centrum miasta?

5 komentarzy:

  1. Taa jednak mój wewnętrzny głos dobrze mówił żeby nie brać fuchy w biedronce...
    Życzę lepszej pracy a jeśli nie tego to cierpliwości godnej bogów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie najgorszą irytacją było właśnie odstawianie produktów nie na swoje miejsce, lecz w różnych częściach sklepu, w moim przypadku akurat szczoteczki do zębów w papierze toaletowym tudzież dezodoranty w pastach do zębów. Klienci to najgorsze co może być :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Biedronka ma pod tym względem złą sławę...

    Kanalizacja pod górę- to mnie rozwaliło. Co wy za sztuki antygrawitacyjne wyczyniacie? NASA do was trzeba wysłać!

    Nawiązywanie kontaktu wzrokowego i mówienie "Dzień dobry"- brr... Jako socjofobik, paranoiczka i jednostka aspołeczna po takim czyms się czuje, jakby pracownicy specjalnie na mnie patrzyli, podejrzewając, że przyszłam kraść.

    Co do języków obcych- no cóż, sama też jak gdzieś jadę, niekoniecznie się uczę każdego miejscowego języka, na ogół staram się posługiwać angielskim, chyba, że akurat jest kraj niemieckojęzyczny, to mogę po niemiecku... ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz, nie chodzi o uczenie się każdego języka płynnie, tylko chociażby kilka zwrotów. Zasadniczo do turystów nic nie mam, ale erasmusowcy wyprowadzają mnie z równowagi.

    Even: jak do tej pory, to hitem były bułki razem z proszkiem do prania (rozsypującym się, bo kartonik uszkodzony)w JEDNEJ siatce. Tak, kobita to kupiła...

    OdpowiedzUsuń